SRT – tydzień trzeci – pierwsza trzydziestka

Po spokojnym tygodniu nastawiałem się na trochę mocniejsze bieganie. Nic z tego – jeszcze w niedzielę napadało mnóstwo śniegu a temperatury spadły nawet do 10 kresek poniżej zera, do tego wiało. W poniedziałek i wtorek zorganizowałem sobie bieganie na bieżni mechanicznej, za którą nie przepadam, ale jeszcze mniej przepadam za walką z przyczepnością w kopnym sniegu na mrozie:)

Poniedziałek

15km powoli narastająco 12-17km/h, średnia 3:50. Oczywiście to poniedziałek a w planie miałem wolne truchtanie, ale byłem też wypoczęty i głodny wysiłku, a na bieżni mógłbym oszaleć biegnąc po 12km/h, więc bez dłuższego zastanawiania wcisnąłem gaz.

Wtorek

W planie podbiegi, na zewnątrz mróz i śnieg, więc znów dałem nura na bieżnię. Pobawiłem się podbiegami po ~200m, 4-5%, 16-17km/h. Po 11 kilometrach miałem dość. Po wszystkim poszedłem jeszcze na kilka przysiadów ze sztangą i martwych ciągów. Już od jakiegoś czasu mocno myślałem o przeproszeniu się ze sztangą, zobaczymy jakie będą efekty.

Środa

Spokojny trucht 10km. Nogi nieco odczuwały poprzednei treningi, więc biegłem bardzo łagodnie. Na chodnikach mnóstwo pluchy, ciepło i mokro, na tyle że założyłem krótkie spodenki. Wyraźnie czułem pracę mięśni „Core” i jej wpływ na sztywność biegu.

Czwartek

Wolne. Nareszcie! To planowe wolne zaczyna mi się podobać

Piątek

Podbiegi. Spokojnie 10 powtórzeń po 150 metrów. Starałem się wydłużać krok nie „szpagatowaniem” czyli wyciąganiem nogi daleko przed siebie, a mocnym załadowaniem czyli po wylądowaniu zejściem jak najniżej na nogę podporową („wrażenie jakby zaraz kolano miało dotknąć ziemi”) i szybkim wystrzeleniem wprzód z jednoczesnym rozluźnieniem.

Sobota

Znów fartlek, 4 serie po 5 minótówek na minutowej przerwie. Wreszcie wszedł długi, głęboki i sprężysy krok, prędkości jeszcze nie takie – 3:30-3:15/km. Niemniej panowałem nad ruchem i oddechem, co daje potencjał tak do przyspieszenia jak i wydłużenia tej jednostki.

Niedziela

Long Run z Bagginsem. Trochę trząsłem portkami przed – ostatnią trzydziestkę robiłem w.. październiku? Nastawiałem się na spokojny bieg, ale wyszło jak zawsze – biegliśmy, gadaliśmy a tempo samo wędrowało w okolice 4:30. Żeby urozmaicić i trochę spowolnić bieg, odwiedziliśmy Pętlę Reja. Ależ zimno w tym lesie! A jak ślisko! Momentami naprawdę bałem się o wywrotkę. Na zbiegu do Sopotu miałem już zjazd – 17km w nogach i trochę brakowało mi sił i ochoty. Wtedy na wysokości zadania stanęła stacja BP, z podwójnym espresso i rogalikiem („krłasantem”). Jak się pewnie domyślacie – po takim doładowaniu pozostałe kilometry pokonywaliśmy coraz szybciej i szybciej, ostatnie kilkaset metrów nawet poniżej 4:00/km (Przed nami biegł gość, którego nie mogliśmy spokojnym tempem wyprzedzić, sic!). To był dobry bieg, ale gdy piknęła trzydzistka w Garminie, miałem dość i z ulga poczłapałem do domu.

Tydzień który zapowiadał się naprawdę nieciekawie, udało się całkiem sensownie zamknąć. Udało się zrobić dobry trening jakościowy, połaskotać nieco siły i objętości. Następny i ostatni tydzień stycznie to znów nieco mniej biegania i więcej odpoczynku – przed nadchodzącym lutym i intensyfikacją treningów!