Trening który nie powinien się odbyć

6 rano -przestawiłem budzik. 7 rano – przestawiłem budzik. 8 rano – przestawiłem budzik. Wreszcie wstałem. Na dworze deszcz i wichura – „w sumie nie ma czego żałować, przeczekam i pobiegam w lepszych warunkach” – pomyślałem.

Tyle że lepiej robić się nie zamierzało, a ja nie do konca zdawałem sobie sprawę jak jest źle, obserwując warunki z wnetrza ciepłego domu. I chyba dobrze – gdybym wiedział co mnie spotka po drodze – w życiu bym nie pobiegł.

To jeden z tych dni kiedy czujesz pod nogami duży zapas, ale nie musisz korzystać z pełnej mocy żeby szybko pobiec. Jak w aucie z mocnym silnikiem – z jedynki możesz spokojnie wrzucić czwórkę i dalej czujesz że delikatnie wciska Cię w fotel.

W planie miałem 5 kilometrówek na tej samej przerwie. Celem nie jest jakaś kosmiczna szybkość czy zmęczenie, a raczej osiągnięcie możliwie wysokiego tempa przy ktorym w pełni panuję nad ruchem i oddechem. Już podczas rozgrzewki, gdy skręciłem na południe i poczułem jak mocno wieje, pomyślałem tylko (pardon my french):

Ja pierdolę

Po chwili wyłączyła mi się jedna słuchawka. Niby banał, ale zamiast muzyki musiałem nasłuchiwać złowrogiej wichury i rytmicznego szelestu odzieży – znam, szanuję, wolę muzykę. Słuchawka poddała się po kilkuset metrach i wrócila do życia. Uff.

Nie zatrzymałem się na żadną rozgrzewkę, rozciąganie, czy choćby wymachy. Nie miało to sensu i wyziębiłbym się i skostniał zamiast rozgrzać się i zmobilizować. Zatrzymałem się po prostu na chwilę, mruknąłem pod nosem

Czasem po prostu trzeba

I ruszyłem. Zatrzymałem się po kilkunastu metrach, gdy minął mnie samochód i poczułem że coś wylatuje z mojego kaptura…Pauza w Garminie, nawrotka, a na asfalcie leżą.. majtki mojego synka. Musiały zaplątać się podczas prania i wypadły właśnie teraz – w środku interwału, w trakcie wichury. Gdyby to były moje – zostawiłbym je, ale kto z Was próbował przekonać dwulatka żeby założył coś innego niż akurat sobie wymyślił – zrozumie. Tak więc do końca treningu biegłem z gaciami w ręku, a to dopiero pierwszy interwał, który zamknąłem w 3:48

Następny odcinek to jeszcze większy #wmordewind. Tym razem byłem już rozgrzany i rozgniewany. 3:38

Kolejny był już z wiatrem. 3:29 na luzie. Rozwiązało mi się sznurowadło, które ogarniałem po zakończeniu odcinka. Zgrabiałymi i zesztywniałymi rękoma zajęło mi to dobre 2 minuty – jeden głupi supełek.

3:28. Nie chciało mi się szybciej. Wiatr nieco z boku, biegłem z ukosa żeby mnie nie przewrócił.

Ostatni odcinek. Wiatr znów z boku, dam radę – myślałem. Ale na ostatnie 500 metrów skończył się asfalt i skręciłem w drogę prowadzącą przez pola, z każdym krokiem coraz bardziej błotnistą. Ostatnie 20 metrów ślizgałem się jak nowicjusz na łyżwach z ledwością łapiąc równowagę..

Kurwa!

Wykrzyczałem. Koniec. Tylko kilka kilometrów truchtu i będę w ciepełku. Zziębnięty, z majtkami w ręku, ubłocony i szczęśliwy. Po takiej zaprawie, niewiele jest warunków które mnie zatrzymają w domu. Na jakiś czas zapamiętam, potem trzeba będzie znów „odświeżyć pamięć”:)