Treningowa Chałtura

„Nie, jeszcze nie teraz” – jęczę w myślach słysząc dźwięk alarmu wibracyjnego o 3:30. Drzemka wymaga ode mnie rozwiązania zadania matematycznego. Wyłączenie alarmu – wycieczkę do łazienki i włączenie światła (alarm może wyłączyć tylko wystarczająco mocne światło). Inaczej telefon będzie wibrował do upadłego.

Powoli staram się wygrzebać z treningowej chałtury, która wciąga niczym grzęzawisko. Bieganie tego na co miałem ochotę często kończyło się tym, że nie wychodziłem na trening w ogóle, biegałem mniej i zupełnie bez planu. Już po Poznaniu poczułem że mocno potrzebuję takiego bałaganu, żeby któregoś dnia wziąć dupę w troki i zabrać się za porządne, regularne trenowanie.

Budowanie biegowej formy chciałbym oprzeć na zupełnie innych fundamentach, niż wszystkie sezony do tej pory. Podwaliną pozostaje praca nad ruchem, która zapewne nigdy się nie skończy. Zanotowałem spory postęp w parametrach biegu – wzrost długości kroku o kilkadzieści centymetrów, brak zmęczenia typowo mięśniowego, ale gdy widzę siebie na nagraniach, wiem że jestem daleko od celu. Czy krok o długości dwustu centymetrów mnie zadowoli? w jakiś sposób tak, pod warunkiem że będzie to stabilny, swobodny ruch, bez nadmiernej pracy ramion i rotacji tułowia.

Kolejną cegiełką tygodniowej formy będą fartleki, które mam nadzieję jak najczęściej robić w grupie. Początkowa seria minutówek z czasem będzie rosła w ilość jak i czas trwania odcinków. Celem nie jest zajechanie się na prędkości a raczej połechtanie jej. Porównałbym to do ogrzewania się przy ognisku – nie trzeba wkładać ręki do płomieni aby poczuć ciepło. Nie ukrywam też że liczę na wykiełkowanie tego nasionka i wyhodowanie grupy biegowej regularnie zwijającej asfalt pod stopami. Po więcej szczegółów śledźcie mojego fejsa i wypatrujcie wydarzeń.

Akcentem bardziej korespondującym z prędkością w kontekście oczkiwań wynikowych zostaną kilometrówki. Tempo zbliżone do startowego (3:30/km), na krótkim odpoczynku. Rozpocznę od 10x1km (lub nawet mniej) by dojść do 15x1km, chcę też wypróbować kombo 5x(1km+2km). Brzmi trudno? Zrabialność tego typu treningów zależy tak od tempa jak i długości przerw pomiędzy. Myślę tu o odpoczynkach pomiędzy 120 a 90 sekund.

Najostrzejszy asortment w moim arsenale to zbiegi. Krótkotrwałe ale bardzo mocne przeciążenie, zastosowane z rozwagą jest jasnym sygnałem dla sieci powięziowej, w którym miejscu trzeba wzmocnić konstrukcję. Problem ze zbiegami jest taki, że praktycznie załatwiają możliwość trenowania dzień, a nawet dwa dni później. Muszą być zatem mądrze umieszczone w planie treningowym, inaczej zamiast rozbudowie przyczynią się załamaniu formy.

Wreszcie długie treningi, Longi, BNP, TLT.. Biegane na pełnym komforcie. Czas wysiłku powinien być długi, ale nie chciałbym tymi jednostkami niszczyć rezultat wykonywanej pracy (czyt. biegać je zbyt szybko, burząc efekty mocniejszych treningów w tygodniu). Przekonałem się, że zamiast orać BNP tydzień w tydzień, bardziej „opłaca się” zamienić co drugi trening na TLT albo spokojne rozbieganie.

Dobrego kucharza można rozpoznać po tym, że w jego potrawie każdy składnik gra jakąś rolę w kompozycji smaków i tekstur. Nic nie jest dodane bez sensu lub w niedomiarze. Układając plan treningowy na ten rok to właśnie chcę zrobić. Mam składniki, mam ze sobą jakieś doświadczenie. Ugotowałem już dania które dało się zjeść – starymi, powtarzanymi bez zrozumienia metodami, nieraz upuściłem na podłogę cały gar. Przyszła pora na przygotowanie czegoś nowego, odważnego, może nawet – zuchwałego? Wyjdzie danie na główną pozycję w menu, czy kolejna przesolona zupa?

PS.:Wciąż myślę o totalnej zmianie strategii żywieniowej na maraton. Oczywiście szybkoprzyswajalne tłuszcze grają pierwsze skrzypce, ale to nie jedyny instrument w tej orkiestrze. Stay tuned:)