Mniej znaczy lepiej?

Za 10 dni maraton w Poznaniu. To czas, kiedy długie i ciężkie jednostki treningowe powinniśmy mieć już za sobą. Moim ostatnim mocnym akcentem była trzydziestka, podczas której starałem się utrzymać tempo ok 3:50, a po 15 kilometrach zbliżyć się do wymarzonego, maratońskiego 3:47. Całość – oczywiście na głodniaka i bez pojenia po drodze, rankiem.

Tego dnia pobiłem rekord.. czasu guzdrania się z wyjściem. Powstrzymywała mnie temperatura, utrzymująca się w granicach 4°C więc czekałem na cieplejsze warunki. Ze zmarnowanego czasu ugrałem 1°C na swoją korzyść. Trening jaki był, każdy widzi – dodam tylko że biegłem pod wiatr w jedną, jak i w drugą stronę. Nie wiem, jak to możliwe – chyba, że to tempo biegu odpowiada za takie wrażenia. Wróciłem do domu 4 kilo lżejszy (bez pitstopów po drodze).

W przeciwieństwie do majowego maratonu, postanowiłem drastycznie zejść z ilości bieganych kilometrów. Wciąż jestem wielkim fanem cyfr w dzienniczku treningowym, lecz kontuzja którą przebyłem i długa regeneracja po Chudym Wawrzyńcu uniemożliwiły mi wejście na wymarzone 150-160km w tygodniu. Postanowiłem więc zaatakować 2:40 w Poznaniu z mniejszej ilości kilometrów, odpoczynku, większego luzu i szybkości. Jestem ciekaw, co z tego wyjdzie – póki co, czuję przyjemnie wypoczęte nogi:)