Ultra odpoczynek

Pokonanie 8 maratonów przyzwyczaiło mnie do myślenia, że szybko dochodzę do siebie. Zazwyczaj już następnego dnia mogłem wyjść potruchtać. Po Chudym Wawrzyńcu powinno być podobnie, niestety odnowiłem kontuzję ITBS, i przez 3 dni utykałem, zamiast chodzić.

O bieganiu nie było nawet mowy, i wyszedłem potruchtać dopiero gdy poczułem, że kolano jest w miarę w porządku. Zaniepokoiło mnie trochę wysokie tętno, jak na tempo biegu, które z przyzwyczajenia utrzymywałem. 10 kilometrów stało się wyzwaniem, po którym wróciłem spocony jak po mocnym, szybkim bieganiu. Miałem nadzieję, że przyjemność z biegania wróci kolejnych 2 dniach przerwy, ale nic z tego. Serce szalało, mięśnie nóg bolały, nawet oddechowo było ciężko, mimo nieprzyzwoicie niskich – jak na sierpień, temperatur. Odpuściłem 2 kolejne dni.

Dziś, gdy budzik rozbrzmiał o 4:20, nie przestawiłem go, pierwszy raz od.. nie pamiętam kiedy. Biegło mi się odrobinę swobodniej, kolano nie dokuczało. W połowie treningu wzeszło słońce, a ostatni kilometr w akompaniamencie dzwonów z kościelnej wieży, pokonałem prawie na maksa. Czyżby „coś” wreszcie drgnęło?