Ekonomia biegu

Nie byłem wypoczęty, ani wyspany. 6:15 w niedzielę, to z pewnością nie jest wymarzona pora na wstawanie. Ale od uczucia niedospania – które trwa chwilę – gorsze jest poczucie poświęcenia czasu na trening, zamiast spędzać go z najbliższymi. Z tą myślą szybko odrzuciłem pomysł przestawienia budzika o kilka minut.

Plan na trening był prosty – dobiec nad morze, i nabiegać tam 18 kilometrów w stałym tempie <3:50 min/km. Podobne treningi wykonywałem już wielokrotnie, jednak tym razem zastosowałem technikę, którą muszę się podzielić.

Istotą jest przenoszenie masy(nasze ciało) z punktu a do punktu b – nic prostszego i bardziej oczywistego. Ciało posiada środek masy, który w czasie biegu powinien być mniej więcej na wysokości kości łonowej, w czasie biegu jednak będzie on przed nami, ustawienie ciała powinno być takie, żeby jakby wręcz padać na twarz, a chronią nas przed tym kręcące się pod nami nogi. Powinniśmy jakby ciągle gonić nasz środek masy ciała. Wtedy wykorzystamy nasz pęd optymalnie, grawitacja będzie nam pomagać, dzięki czemu biega się efektywnie i szybko.

Źródło: Mariusz Giżyński

Powiem krótko – to naprawdę działa! Pochylenie do przodu (nie garbienie) powodowało, że moje nogi luźno i szybko kręciły 180 – 182 kroki na minutę! Po przebiegnięciu 18km dorzuciłem jeszcze 2, i wciąż nie czułem się „ujechany”.

Nie jestem tylko pewien, co mówiła moja mina – bo choć tempo nie było zabójcze, to daleko było mu do komfortowych. Chwilową odskocznią było minięcie Biegacza Dookoła Jeziora i Michała z Tricity Ultra – już z daleka zamachałem im ręką, chyba z radości, że spotkałem śmiałków, z którymi wystartuję 6 sierpnia w Chudym Wawrzyńcu. Zazdrościłem im, że mogą sobie spokojnie i bez spinki potruchtać. Myśli odpłynęły w Beskidy..

Bieg zakończyłem roztruchtaniem i trzema minutowymi sprintami, 26 kilometrów. A do domu udało się wrócić, gdy wszyscy jeszcze spali – idealnie rozpoczęta niedziela:)