Powrót na leśne ścieżki

4:15. Dźwięk budzika wdziera się do krainy snu i wypycha mnie do świadomości na jedną chwilę, podczas której wciskam drzemkę. Zasypiam w minutę, by zbudzić się z podobnym zaskoczeniem, że „to już”. Drzemkę wciskam automatycznie, zanim jeszcze zacznę myśleć, czy w ogóle wyjdę na trening. To zabezpieczenie, na wypadek, gdybym zasnął podczas tych rozterek..

Za oknem słyszę wiatr. Świszczy przez rozszczelnione okno, dając mi do zrozumienia, że wychylenie nosa za drzwi nie wiąże się z niczym przyjemnym. Prawie czuję jak zimne powietrze ślizga mi się po karku i plecach. Zaczynam analizować, czy na bieżni dam radę wykonać zastępczy trening. Wychodzę do przedpokoju, gdzie czeka na mnie kupka ciuchów naszykowana wieczór wcześniej, specjalnie na tę sytuację. Bym nie miał o czym myśleć, a ubrał się i wyszedł.

Na zewnątrz okazało się, że spod kołdry słyszałem tylko przechwałki, gdyż prawie nie odczuwam wiatru. Biegnę do Gaju Gutenberga, gdzie planuję zrealizować spokojny trening na terenie pagórkowatym, czyli tzw: kros pasywny. Dobrze, że tylko pasywny, gdyż w lesie jest tak mokro, ślisko, a miejscami grząsko, że żadne szybsze bieganie nie może mieć miejsca. Z lekkim niepokojem skanuję czołówką leśne ciemności starając się dostrzec oczy lisa, ale żadne się nie pojawiają. Dużo się rozglądam, przede wszystkim pod nogi, by w porę zareagować na przeszkody.. i przywalam głową w konar. Nie zauważyłem nie spoglądając wyżej, a od guza chroni mnie tylko pasek czołówki. Momentami jest tak ślisko, że na jednym z podbiegów muszę przez chwilę iść na czworaka. Po 13 kilometrach wracam do domu jakby dumny, już wiem że w ramach posiłku regeneracyjnego zjem kawał(ek) ciasta drożdżowego by E.

Od jakiegoś czasu przechodzę największy kryzys od początku biegania. Ciężko mi wyjść na trening, przebiec tyle ile bym chciał, ciężko też pisać o tym na blogu. Po części przyczyną takiego stanu rzeczy jest brak konkretnego, ambitnego celu. Dziś udało mi się wykoncypować misję na rok 2016 – Zejść poniżej 2:37:30 w maratonie, oraz złamać (ze sporym zapasem) 34 minut na 10km.

A najbliższe 6 tygodni głównym akcentem treningowym będą krosy. Mam nadzieję, że nie odpadnę, tak jak w zeszłym roku!