Wątpliwości

Często rano zastanawiam się, „po co nastawiałem budzik tak wcześnie?” i z zamkniętymi oczyma dokonuję wnikliwej analizy sensowności wstawania o takiej porze, i wpływu wciśnięcia drzemki na jakość treningu. Dziś znów przełożyłem pobudkę o 10 minut, wstałem, zacząłem krzątać się po domu w poszukiwaniu rzeczy, przecierać piekące oczy,w końcu ubrałem się i wyszedłem.. Na zewnątrz usłyszałem podejrzanie znajomą melodię. „To dźwięk mojego budzika!” – pomyślałem. Leżałem jeszcze w łóżku, i męczarnię wyjścia z domu musiałem przejść jeszcze raz, poprzednia była tylko snem.

Ranne wstawanie pozwala docenić naprawdę błahe przyjemności – choćby jak zamknięcie powieki na chwilę dłużej, czy poprawienie kołdry o centymetr, by za chwilę brutalnie je przerwać, wstając z łóżka. Wyszedłem bez żadnych ceregieli, bez telefonu i muzyki. Przebiegłem prawie 13 kilometrów po obieganej setki razy pętli. Nie poczułem się lepiej, w powietrzu nie fruwały endorfiny. Za to aż gęsto było od wątpliwości dotyczących mojego treningu. „Czy nie biegam za wolno? Czy ostatni mocny trening nie był zbyt lekki?” – W niedzielę pobiegłem 5x3km w zakładanym tempie półmaratonu (3:38) Umęczyłem się strasznie, jednak według Garmina 620 – Training Effect wyniósł ledwie 3.1 – czasami „przyznaje” mi tyle po szybszym rozbieganiu.. Wiem, że to tylko zegarek, i sztywny (choć „uczący się”) algorytm, ale ja czułem, że daję z siebie prawie maksa, a zasłużyłem ledwie na trójkę z małym plusem.

W sieci z łatwością można znaleźć plany na konkretne czasy w biegach. Ale im większe prędkości, tym tych planów jest mniej – a pracy do wykonania znacznie więcej. Na czas poniżej 1:20 nie znalazłem niczego, nie mówiąc o 1:17. A wyniki te dzieli głęboka przepaść o długości 9 sekund na kilometr (3:47 – 3:38 to strasznie dużo:)). I nie wiem, jak mam „zapłacić” za pokonanie tej przepaści, ba! Nie wiem, nawet, jakim kapitałem dysponuję, gdyż moja życiówka na 10km jest z lutego. Mam też wątpliwości, czy moje 6 treningów tygodniowo wystarczy – wydaje mi się, że wynik 1:16-7 jest już niebezpiecznie blisko biegania 7 i więcej razy w tygodniu.

Co do jednego nie mam złudzeń – Skończyło się lato, zaczęła jesień. Jestem zły.