II Bieg do Źródeł – relacja

Z moją formą jest ostatnio nie najlepiej. Jakby nogi zapomniały szybkości i swobody. Z trudem osiągałem na interwałach prędkości, które kiedyś nie były problemem na całym dystansie zawodów.

Nie szykowałem się więc na rewelację w wyniku biegu. Nie myślałem o czasie, a bardziej o miejscu – chciałem wypaść nie gorzej niż rok wcześniej (36:08). Nigdy wcześniej nie biegałem dychy w takim skwarze, a 30 st Celsjusza to temperatura, do której nie byłem przyzwyczajony ani przez treningi kwietniowe, ani majowe.

Wydarzenie zorganizowano profesjonalnie – pomimo kameralności biegu, zapewniono wszystko, co potrzebne biegaczom. Znalazłem więc przebieralnie i depozyty, tablicę z listami startowymi, strefę masażu i strefę chilloutu. Kiedy dotarliśmy z E na miejsce, nie mieliśmy żadnych kłopotów z odbiorem pakietu. Szkoda tylko, że zapomniałem wkładek do butów i musiałem jechać po nie, tracąc czas przeznaczony na rozgrzewkę. Chwilę przed startem pojawiła się też moja Mama:)

Na rozruszanie potruchtałem ledwie kilkaset metrów. Było już bardzo ciepło, więc zmoczyłem koszulkę dla ochłody, ale ta wyschła w kilka minut. Stojąc na starcie nie wiedziałem jakim tempem mam biec, aby nie paść po drodze. Uznałem, że 3:40/km nie powinno sprawić kłopotu, ale nigdy nie byłem tak nieprzygotowany do biegu.

Po wystrzale tłum mnie wyprzedził, na tyle ostro, że w pewnym momencie biegłem zamknięty w szpalerze biegaczy, których nie mogłem minąć, więc musiałem o to trochę zawalczyć.
Udało się – w końcu biegłem bardziej samotnie, a przed sobą widziałem łańcuszek biegaczy, których zamierzałem rozminąć.

Nie było to łatwe, ale udwało się, jednak z każdym pokonanym kilometrem czułem się coraz gorzej. Trasę poprowadzono w dwóch pięciokilometrowych okrążeniach, z których co najmniej 2km wytyczono w parku Regana, gdzie temperatura dochodziła do nie wiem ilu stopni, ale było tak gorąco, że nawet się nie pociłem, a tylko gotowałem od środka.
Czułem się jak w 54 sekundzie tego filmu

Kiedy dotarłem do punktu nawadniania, wylałem na siebie całą butelkę wody. Bylem wyczerpany, a nawet nie osiągnąłem półmetka. Mimo to przyspieszyłem i próbowałem dopędzać kolejnych zawodników, co poskutkowało kolką, która prawie wyeliminowała mnie z rozgrywki. Zwolniłem, i 8 oraz 9 kilometr pobiegłem tempem beznadziejnym, które jednak pozwoliło mi na utrzymanie przewagi nad wyprzedzonymi.

Biegłem już zgięty w pół, kiedy mijałem punkt nawadniania po raz kolejny. Znów wylałem wodę na głowę, ale próba wypicia skończyła się zakrztuszeniem. Rzęrząc z wycieńczenia oglądałem się co chwilę z siebie, czy nikt nie zabierze mi pozycji. Wreszcie rozpocząłem finisz, usłyszałem wrzawę, i zorientowałem się, że ktoś ze mną powalczy na ostatnich metrach. Niestety, Piotr Dudicz dysponował świetnym, sprinterskim finiszem, którego mu pogratulowałem, po 37 minutach i 10 sekundach biegu.

Na mecie jedyne czego chciałem, to schłodzenia. Zostawiłem buty i ciuchy u E. I poczłapałem popluskać się w lodowatej, morskiej wodzie. Była bardzo zimna, ale szybko przyniosła ulgę, podobnie jak chłodne napoje, które serwowano w zacienionym miejscu opodal sceny.

Kiedy odbierałem nagrodę za drugie miejsce w kategorii, znałem już czasy zwycięzców i pierwszej piątki. Chyba nikt nie zbliżył się do życiówki w tym biegu i upał każdemu podebrał kilka sekund, co połowicznie mnie podbudowuje. Martwi mnie jednak, że forma nie wraca, muszę przemyśleć swój trening. Dziękuję z doping i trzymanie kciuków:)