Absurdalna szybkość

Miniony tydzień upłynął na uczuciu spadającej wydolności. Z dnia na dzień z moja formą było coraz gorzej – mięśniowo czułem się w porządku, ale tętno na treningach stawało się coraz wyższe.

W piątek przed pracą odwiedziłem siłownię. Poza ćwiczeniami Core stability, skorzystałem jeszcze z taśmy TRX. Wyprostowany, wychylałem się do przodu, rozchylając ramiona jak na zdjęciu. Trzy serie po 10 powtórzeń takiego ćwiczenia były dla mnie wyzwaniem, którego efekty czuję jeszcze dziś:)

Siłę biegową w sobotę biegłem bardzo ostrożnie – tzn. rozbieganie przed właściwą serią podbiegów. Te zrealizowałem książkowo – 10 podbiegów po 150 metrów, z narastającym zaangażowaniem (i zwracaniem uwagi na technikę). Kiedy po południu pogoda zaczęła się psuć, wiedziałem już, że niedzielny trening odbędę na bieżni.

Nie chciałem walczyć z wiatrem, zimnem i czymkolwiek. Chciałem pobiec szybko, by nic mi nie przeszkadzało, aby jedynym problemem była nuda:) Tym razem zabrałem ze sobą butelkę z izotonikiem, i zamiast koszulki przywdziałem bezrękawnik. Poprzednie treningi kończyłem przemoczony jak po ulewie, więc zabrałem ciuchy, które powinny mi zapewnić wydajną wentylację.

Rozpocząłem od 2 kilometrowego biegu rozgrzewkowego, w którym stopniowo zwiększyłem prędkość do 4:00. Następnie rozgrzewka, rozruszanie w trakcie którego co chwila coś wciskałem w bieżni, aby nie zaczęła liczyć mi od nowa. Lubię widzieć na wyświetlaczu pełen dystans, a nie doliczać go w głowie, i zupełnie inaczej biegnie się widząc już „dychę” na ekranie:)

Nastawiłem prędkość na 16.4 km/h – 3:39min/km i biegłem tak 9 kilometrów. Straszna nuda, z którą walczyłem licząc w pamięci ile zostało czterystumetrowych okrążeń do zamknięcia takiego a takiego dystansu. Butelka picia odbijała się z każdym krokiem w uchwycie, ale możliwość wzięcia łyka co kilka kilometrów była zbawienna:) przyspieszyłem do 17.4km/h – 3:28, i planowałem tak biec 8 kilometrów. Z początku wydawało mi się to niemożliwe, ale izotonik, i matematyka dawały radę:) Na koniec powinienem pobiec 1 kilometr „na maksa”  – nie wiedziałem, jakie są moje możliwości na bieżni, więc nastawiłem 19, a po chwili 20km/h. Po tysiączku stwierdziłem, że nie dałem z siebie wszystkiego, więc kontynuowałem kolejny.

Powinienem jeszcze pobiegać na schłodzenie, ale nie dałem rady. Po wciśnięciu „stop” jedyne o czym myślałem to prysznic. Spróbowałem potruchtać, ale siły woli starczyło mi na dwieście metrów.

Średnie tempo z treningu 3:33, to brzmi jak absurd – dałem z siebie prawie wszystko. Na ulicy na pewno tyle nie uzyskam, ale moje planowane maratońskie tempo – 3:47 brzmi przy tym jak trucht:)

Liczę, że tak właśnie będę się czuł za 33 dni w Warszawie.