WB2 – jak krew w piach

Nie wiem, jak to się dzieje. W niedzielę piękne tempo, 18km z których każdy w tempie poniżej 3:50, a zmęczenie i tętno relatywnie niskie. Przez pozostałą część dnia nawet zbytnio nie odczuwałem skutków tego treningu.

Dziś planowałem 14km bez przyspieszeń, i liczyłem na podobną lekkość. Nic z tego – musiałem mocno rzeźbić, by zejść z tempem do 3:50, każdy kilometr był męczarnią psychiczną, a serce biło znacznie szybciej. Pomyślałem nawet nad skróceniem akcentu do 12km, ale doszedłem do wniosku, że jak sobie będę przyznawał takie odpuszczenia, to nie zachęcę organizmu do szybszej odbudowy, „niech wie, że musi się szybko i dobrze regenerować” pomyślałem. I biegłem, męcząc się niewspółmiernie do osiąganego tempa, z nieciekawą miną, z przerwą na kolkę, ale zrobiłem swoje.

w niedzielę był ogień. Dzisiaj nie:|. źrodło

Podczas trzykilometrowego powrotu do domu, powinienem biegać tzw: 3M – czyli trzy jednominutowe sprinty z trzyminutową przerwą. To jedyne, co mi się dziś w treningu udało – podczas ostatniej osiągnąłem tempo 3:01. Poza tym rozgoryczenie, wątpliwości i tęsknota za dyspozycją.