Interwały na 10km

Uczucie bezsilności, zobojętnienie, wiotkość,  brak sił aby się uśmiechnąć – oznacza że pobiegłem interwały. W sobotę startuję w Gdyni, i chciałem pobiec choć jeden trening nakierowany na tę okoliczność. Wybrałem kierując się wskazaniami J.Skarżyńskiego – 8x1km. Prędkość kilometrowych odcinków dobrałem taką, jaką na dystansie 10km jest moim marzeniem – ~3:25 min/km, a czas przerwy odpoczynkowej 3 minuty i 30 sekund. Nie wiedziałem, czy dam radę utrzymać 3:25 choćby na jednym kilometrze, czy nie porywam się na zbyt głęboką wodę.

Udało mi się dość szybko wydostać z domu – poniżej 25 minut 🙂 Ruszyłem na deptak w Brzeźnie, który jest najlepszym miejscem jakie znam, na takie treningi. Po dynamicznej rozgrzewce i chwili koncentracji podjąłem pierwsze tysiąc metrów w 3:25, i czułem się niespecjalnie silny na zrealizowanie celu. Jednak z każdym kolejnym szybkim odcinkiem biegłem coraz łatwiej, swobodniej i szybciej – 3:24, 3:23, 3:23, 3:22..  Szósty i siódmy odcinek pobiegłem wolniej – 3:23 i 3:25. Na ostatni kilometr rzuciłem wszystkie siły, ale nie byłem w stanie utrzymać pełnej mocy przez cały czas, i uzyskałem ledwie 3:21.6 – Liczyłem na więcej.

Do domu już tylko człapałem. Miałem w głębokim poważaniu tempo w jakim się poruszam, trening zamknąłem z licznikiem 18km. Nie było mowy o żadnych ćwiczeniach siłowych w domu, w autobusie do pracy zasnąłem i prawie przespałem przystanek. Po kilku godzinach nogi zrobiły się jeszcze bardziej obolałe. I wiecie, co? Lubię to!