Jak ja lubię szybko biegać:)

Przez cały okres świąteczno – noworoczny miałem problem z porannym wstawaniem. Powinienem na ten czas zmienić nazwę bloga na „poranny leniwiec”, gdyż ani razu nie wyszedłem na trening bez wybrania kilka razy z rzędu opcji drzemki. Dziś opcja drzemka po prostu nie istniała – po tygodniu przerwy od sensownego treningu WB2 (trening w sylwestra pobiegłem po śliskim śniegu, a trening niedzielny przy silnym wietrze) miałem wielką ochotę zaliczyć porcję szybkich kilometrów poniżej 4:00. Już sam czas wyjścia z domu – 26 minut od zbudzenia – był bardzo dobry jak na moje poranne przedbiegowe ceremonie.

Temperatura na zewnątrz nie zachęcała do biegania, podobnie jak zalegające tu i ówdzie warstwy lodu na chodnikach. Po kilkuset metrach przekonałem się, że wcale nie jest ślisko, a mróz potęgowany jeszcze przez wiatr dało się wytrzymać, choć póki co był to dla mnie najzimniejszy bieg w tym sezonie (odczuwalne -13°C).

Na deptaku nadmorskim pokonałem 16 kilometrów, starając się utrzymać tempo poniżej 4:00. Lubię widzieć „trójkę” na wskazaniu tempa, to daje mi dużo frajdy. Ale dziś, oprócz frajdy, zależało mi jeszcze na tym, aby serce nie biło zbyt szybko (czyli powyżej 158 uderzeń/min) Udało się osiągnąć jedno i drugie, a na koniec treningu Garmin 620 pokazał nowy pułap tlenowy – 65:) Ostatnio oszacował mi tyle na początku października, więc czuje sie podbudowany:)

Pomimo mrozu, nie czułem zimna, wręcz przeciwnie – biegło mi się komfortowo. Przypominałem sobie wakacyjne treningi, kiedy osiągałem podobne prędkości przy podobnym wysiłku. Mam nadzieję, że rosnąca forma niedługo pozwoli mi na jeszcze szybsze i dłuższe biegi ciągłe. 2:40 w maratonie samo się nie zrobi:)