Długie wyślizganie

Dziś czwartek, więc w moim planie widnieje wycieczka biegowa. Nie chciało mi się wymyślać nowej trasy, wiedziałem tylko, że chcę spokojnie przebiec 28 kilometrów. Wybór padł na Stogi – płaska trasa, w miarę ciekawa, z możliwością wydłużenia lub skrócenia wedle samopoczucia. A to po rozpoczęciu biegu było nienajlepsze. Szybko pojawiły się myśli, że jestem jeszcze nie wypoczęty po wczorajszym krosie i mógłbym z czystym sumieniem zakończyć trening po 15 kilometrach. Do tych zniechęcających myśli dołączył się Garmin, który po 12 minutach biegu wyświetlił komunikat o kiepskiej regeneracji. Fakt – utrzymanie tempa ok 5:05 kosztowało mnie ~126 uderzeń serca na minutę, czułem ociężałe nogi, ale postanowiłem biec.

Wiatrówka podczas biegu dostała upgrade – windstopper:)

A nie było to łatwe – po pięciu kilometrach zaczęła padać marznaca mżawka, która zamieniała prawie każdą nawierzchnię w ślizgawkę. Podeszwy w moich supernovych są „wyszlifowane”, wiec musiałem stąpać bardzo ostrożnie. Co ciekawe – na siódmym kilometrze coś mi się odblokowało i przyspieszyłem – bez dodatkowego zaangażowania, czy skoku tętna, biegłem po 4:50 właściwie do końca wycieczki. Bardzo ucieszył mnie fakt, że kończąc bieg, moje tętno wynosiło ~133, co odczytuję jako sygnał wracającej formy.

Gdybym z góry wiedział, ile pracy przyjdzie mi włożyć, aby w ogóle zacząć wracać do formy, nie wiem, czy zdecydowałbym się na roztrenowanie. Ciężko patrzeć mi na to w tej chwili inaczej, niż zmarnowanie dobrej formy. Być może, gdybym nie zarzucił jakiejkollwiek aktywności, spadek formy byłby mniejszy.

Przebyłem dziś prawie 28 kilometrów, spokonie, równo ze śrenią proędkością 4:56 i średnim tętnem 129. Nie czułem zmęczenia, a w domu wykonałem nawet zestaw gimnastyki siłowej:)