Krosy aktywne – czerwone światło

Budzik nastawiłem na piątą rano. Zasypiając wtłaczałem sobie jeszcze do głowy że muszę wstać rano, że przecież później będzie tylko trudniej. Niestety – dźwięk niedzielnego budzika miałem głęboko w nosie i za nic nie chciało mi się wychodzić spod kołdry. Później oczywiście żałowałem, że nie mam treningu już z głowy, i marnie pocieszałem się myślą, że sen to najlepsza regeneracja. Najcięższy trening w tygodniu – niedzielny – wisiał nade mną jak ciemna chmura przez cały dzień. Kiedy około południa wyszedłem z synem na spacer, -6° panujące na dworze dodatkowo „uprzyjemniło” mi czas który odliczałem do rozpoczęcia treningu po południu.

Ubrałem się w bieliznę  termoaktywną, legginsy i bluzę z windstopperem z przodu, lekką wiatrówkę, czapkę i rękawiczki, do tego czołówkę i okulary, byłem gotów stawić czoła wyzwaniu. Technicznie – bo wyszedłem jak na ścięcie. Na szczęście temperatura nie dała mi sie tak we znaki – podczas trzykilometrowego dobiegu do Gaju Gutenberga odczuwałem chłód, ale bez przesady – dało się wytrzymać. Cieszyłem się, że nie ubrałem się cieplej.

Po rozgrzewce zrobionej na odwal się, przystąpiłem do wykonania celu treningu – krosu aktywnego – w skrócie powienienem przebiec kilkanaście kilometrów w lesie, coraz bardziej przyspieszajac po pokonaniu każdej z 1.7 kilometrowej pętli. Plan się udawał – przez pierwsze 5 okrążeń, kiedy to osiągałem coraz krótsze czasy i sił w nogach jeszcze nie brakowało. Agresywnie atakowałem podbiegi nie szczędząc łydy, a na zbiegach puszczałem nogi, osiągając zawrotne szybkości. Biegło mi się jak jeszcze nigdy na krosie, jednak kiedy piąte okrążenie pokonałem wolniej, wiedziałem, że przesadziłem. Nogi miękły na podbiegach coraz bardziej, a na zbiegach wymęczone i bez czucia, obce, nie były w stanie zapewnić mi takiej kontroli abym mógł ze swobodą przyspieszać. Zacząłem zaliczać drobne pośliźnięcia, a podczas jednego ze zbiegów, wyskakując przed siebie zahaczyłem jedną stopą o drugą. Na szczęście faza lotu była na tyle długa, że udało mi się w jej trakcie odplątać nogi i  kontynuować bieg bez wywrotki ( w przeciwnym razie leciałbym na zbity pysk ) Niestety mimo walki, notowałem coraz dłuższe czasy kolejnych okrążeń, tętno na podbiegach zaczęło maleć, a ja miałem coraz mniej sił. Po dziewięciu okrążeniach ( pierwsze było poszukiwaniem ewentualnej nowej pętli ) zacząłem człapać do domu. Do drzwi dotarłem mając 21.5 kilometra w nogach.

W domu nie chciało mi się nawet rozciągać. Ostatkiem siły woli poświęciłem minutę na rozciąganie mięśni dwugłowych i zginaczy biodra, po czym zaszyłem się pod gorącym prysznicem. E. naszykowała mi w tym czasie obiad i goracą herbatę z cytryną, którą piłem leżąc już pod kołdrą. Byłem wyczerpany – Garmin pokazał „training effect” 5.0 – taką liczbę widziałem na nim może 2 razy. Oznacza, że dałem z siebie wszystko. Mimo tego, trening krosu aktywnego nie może być zaliczony – to nastpąpi dopiero wtedy, gdy z każdą pętlą zanotuję krótszy czas.

Dziś wyszedłem na roztruchtanie – 9.5 kilometra spokojnego biegu. Odczuwam jeszcze zmęczenie, ale obawiałem się, że będzie gorzej. Udało mi się też zdążyć na siłownię, którą mam zamiar odwiedzać regularnie co najmniej raz w tygodniu, jako wsparcie do treningu siłowego.