Pierwsze krosy za płoty

Minął pierwszy tydzień przygotowań do wiosennego maratonu. Podczas 6 treningów pokonałem 109 kilometrów. Dwukrotnie wyszedłem na kros – czyli bieg po pętli w lesie – w środę oraz w niedzielę. W środę wyszedłem na kros około 3:30 – i nie był to dobry pomysł – w Gaju Gutenberga przy Jaśkowej Dolinie było po prostu czarno. Świecąc telefonem ledwo pokonałem jedną pętlę, cudem unikając upadku czy poślizgnięcia. Wybiegłem więc z lasu i resztę krosowego zmęczenia starałem się zafundować sobie wbiegając i zbiegając z Moreny. Nic z tego nie wyszło – co prawda angażowałem się, ale to nie był ten rodzaj wysiłku. Następny kros zaplanowałem na niedzielę, tuż po świcie.
Powiem krótko – to było to! Półtorakilometrowa pętla którą wybrałem, okazała się dość wymagająca – a zalegające wszędzie liście wymagały 100% uwagi przy stawianiu każdego kroku. Ale dopiero na podbiegach znalazłem to, czego szukałem –  coraz gorętsze, z czasem wręcz palące mięśnie, z każdym okrążeniem coraz szybciej zamieniały się w bezwładną watę:) w pełni zadowolony po 9 kółkach potruchtałem do domu.
Dzisiaj odczuwam skutki tego krosu. Rano zamiast nóg miałem dwa kołki, a od utrzymywania równowagi bolały mnie nawet mięśnie kręgosłupa lędźwiowego. W poniedziałkowym planie jest u mnie roztruchtywanie niedzielnego treningu, więc poczłapałem 12 kilometrów średnio po 5:13, luźno, bez żadnego spinania.
Moja wydolność chyba jeszcze spadła:) Muszę zwolnić rozbiegania – mój organizm póki co działa na innych obrotach i innych prędkościach. Nie udało mi się też wdrożyć treningu siłowego. Przede mną mnóstwo pracy.