Dłuuugie wybieganie z pełną regeneracją

No właśnie. Ostatni tydzień przygotowań rozpoczął się wczoraj – dla mnie odpoczynkiem po rekordowym objętościowo ostatnim tygodniu – 137 kilometrów. Z powodu spadku formy nie był to tydzień najszybszych biegów, co sprawia, że mój wynik na Maratonie w Poznaniu stoi pod znakiem zapytania.

W weekend E. zabrała mnie na wyjazd firmowy do Warszawy. Miałem okazję pobiegać po stolicy i wykorzystać możliwości regeneracyjne hotelu Hilton – sauna, jacuzzi ( musiałem sprawdzić, jak się to pisze :)), basen, gotowe śniadanie na wyciągnięcie ręki. Takiej okazji nie mogłem zmarnować – musiałem wykonać mocny trening:)

Ok 6:30 wybiegłem z hotelu – i skierowałem się w stronę Wisly, nad którą zamierzałem pohasać. Kłopot w tym, że na google.maps wszystko wygądało pięknie, a w rzeczywistości część nabrzeża była remontowana! Gorączkowo poszukiwałem końca remontowanego odcinka, w końcu znalazłem – ok 3 kilometrowy „kawałek” drogi. Z bardzo krótkim, acz bardzo stromym podbiegiem, ale nie miałem na co narzekać – przynajmniej nic mnie po drodze nie zatrzymywało, żadne światła, przejścia czy przeszkody.

I tak po 5km roztruchtania rozpocząłem część właściwą – czyli.. no właśnie nie wiem, co to było. Miał być bieg tempem maratońskim, poniżej 4 minut na km, ale szybko okazało się że takiego tempa przy mojej formie i na takij trasie nie utrzymam. A chciałem aby przede wszystkim ten bieg był długi, szybkość była na drugim planie. Utrzymywałem więc tempo 4:05-4:10 i latałem w tę i z powrotem wzdłuż Wisły. Temperatura była idealna na takie bieganie, czułem się komfortowo. Tylko ten podbieg, za każdym razem „dolewał trochę betonu:)” w moje nogi. Po 10 kilometrach zjadłem żel (2 porcje), bez popijania – nie zabrałem ze sobą picia. Około 8:30 zacząłem ze Stadionu Narodowego słyszeć rozpoczynający sie Maraton Warszawski, zaczynałem mieć powoli dosyć biegu i myślałem o powrocie do hotelu, jednak znad Wisły uciekłem dopiero po 31 kilometrach. Wyczerpany i szczęśliwy.

Miałem w planie potruchtać jeszcze 3 kilometry schłodzenia, ale kiedy google.maps pokazało mi że droga do hotelu to jakieś 5 kilometrów, trochę sie podłamałem. Jak to, jak ja teraz tyle przebiegnę? I tak nie miałem wyjścia, więc spokojnie pobiegłem i trafiłem na Maraton Warszawski! Potruchtałem chwilę w pobliżu zajaca na 3:40 i odbiłem na drugą stronę ulicy. Nie czułem się częścia tego biegu, a nie chciałem usłyszeć uwagi (słusznej) o braku numeru startowego. W hotelu zameldowałem sie po 36 kilometrach i 880 metrach – i rozpocząłem regenerację na którą tak czekałem. Przebiegła bardzo przyjemnie, choć łydki samoistnie pulsowały jeszcze kilka godzin:) Wieczorem udaliśmy się do Cirque Du Soleil na spektakl Kooza. To co tam zobaczyliśmy, jest nie do opowiedzenia. Absolutnie niesamowite, niepowtarzalne, zaskakujące widowisko.

Wczorajszy poniedziałek zrobiłem sobie wolny od biegania. Dziś wyszedłem o 4:10 i pobiegałem dwusetki – trening polecany przez Jerzego Skarżyńskiego w ostatnich tygodniach przed startem. 20 szybkich ( nie na maksa ) odcinków po 200 metrów na zmianę z odpocznkiem w truchcie, były bardzo ciekawym doświadczeniem. Na koniec biegu czułem przyjemnie uczucie luzu podczas przyspieszania. Mam nadzieję, że moje nogi troche sie obudzą – mają na to jeszcze 11 dni:)