Rezygnacja, brak sił

Dzisiejszy trening był jednym z gorszych w całym moim bieganiu. Ostatni taki zły bieg zrealizowałem 12 stycznia, kiedy na ogromnym zmęczeniu, po całodobowej pracy, wyszedłem w niedzielny ranek na rozbieganie. Było zimno, mokro i wietrznie. Okropnie. Dziś przypomniałem sobie, że bieganie nie zawsze jest przyjemne.

 

Miałem wstać o 6 rano i wyjść na trening. Ale kiedy zadzwonił budzik, byłem jak przykuty do łóźka, totalna niemoc. Przestawiłem budzenie o 30 minut, by wyłączyć je zupełnie po tym czasie. Wstałem chwilę przed 9 i wcale nie czułem się lepiej, ale nie zamierzałem odpuszczać. Postanowiłem, że pobiegnę dziś łagodnie, a w kość dam sobie jutro, realizując szybki i długi kros. Jednak kiedy ruszyłem w stronę Brzeźna, poczułem się dużo lepiej, więc zmieniłem plany i postanowiłem dziś wykonać 15 kilometrów biegu ciągłego po 3:55min/km. Istotą dobrego wykonania tego treningu jest nieprzekroczenie specyficznego tętna (u mnie 156) i utrzymanie równego tempa. Po 3 kilometrach moje tętno wynosiło już 154, a ja z trudem mieściłem tempo poniżej 4 minut. Zwykle w takich sytuacjach nie rezygnuję, ale dziś powiedziałem: „dość!” i resztę dystansu jąłem pokonywać w tempie rozbiegania. Tylko, że to wcale nie było łatwiejsze, męczyłem się jak po 25 kilometrach. W Sopocie zrobiłem sobie postój, byłem zrozpaczony swoją dyspozycją! A czekał mnie jeszcze powrót, i mimo słońca i ciepła, czułem się gorzej niż podczas zimnych i ciemnych treningów zimowych.
postój w Sopocie – byłem zmęczony przy tym tempie!

Na koniec doszedłem przyczyny takiego stanu: Wczoraj wałkowałem łydki rolką streczu. Bolało jak cholera, ale czytałem, że na początku zawsze boli. Przypomniałem sobie też artykuł w którym biegacz pisał o tym że przez kilka dni po takim masażu czuł zupełną niemoc w nogach. Myślę, że to może być to. Nie czuję wyrzutów sumienia z powodu rezygnacji z akcentu, wiem, że była to dobra decyzja.
kolejny postój w Jelitkowie – dzisiaj kompletenie odpuściłem