Urlopowy tydzień – podsumowanie

Wakacyjny wyjazd rozpoczęliśmy (ja, E i mój syn) w sobotę, 26 lipca. Wyjechaliśmy do Zakopanego, do którego dotarliśmy w niedzielę o po drugiej w nocy. Spędziliśmy tam czas do czwartku, a rankiem w piątek wróciliśmy PKSem do Włocławka, gdzie wczasowaliśmy do dzisiaj.
Wracamy  do Gdańska. W zatłoczonym, acz nie dusznym autobusie mam chwilę na podsumowanie minionego tygodnia, podczas którego działo się naprawdę sporo.

Bieganie

Przebiegłem ponad 115 kilometrów, z których 69 na górskich trasach. Te ostatnie dawały się odczuć nogom, dlatego mocny trening w środku tygodnia zdecydowałem się odpuścić. Zamiast tego pobiegłem 22 kilometry, naciskając nieco na podbiegach i zbiegach. Piątek był jedynym niebiegowym dniem minionego tygodnia – udało mi się odzyskać nieco świeżości. W sobotę pozwoliłem sobie na rozbieganie –  20 km w tempie 4:40 na tętnie 126, by w niedzielę porwać się na bieg z narastającą prędkością – 9 km po 4:00, następnie 8 km 3:50 i 1 km na maksa, wszystko bez przerwy, poprzedzone trzykilometrową rozgrzewką, a zakończone czterokilometrowym schłodzeniem. Było bardzo ciężko – a na początkowej dziewiątce przyłożyłem za mocne tempo (o kilka sekund na kilometrze ) za co płaciłem brakiem mocy na przyspieszenie – temperatura rosła, tętno także, a nogi robiły się coraz miększe. Musiałem zaangażować wszystkie siły w ten bieg, wiedząc że najgorsze czeka mnie na końcu – kilometrowy odcinek „na maksa” miałem pokonać w dużej części pod górę. Czas finiszowego kilometra 3:55 nie mówi nic o wysiłku, jaki w niego włożyłem, a był on ogromny. Mięśnie wciąż mnie bolą, mimo masażu, długiego snu, zimnego prysznica i dzisiejszego biegu regeneracyjnego.

Regeneracja

odpoczynek przy schronisku na Hali Ornak

Po każdym górskim treningu stosowałem rozciąganie i ćwiczenia stabilizujące. Po wszystkim prysznic, na zakończenie którego odkręcałem zimną wodę do oporu – była lodowata – miałem wrażenie że pochodzi wprost z górskiego, potoku, i trudno było mi się przekonać do polewania się nią, ale rozsądek zwyciężał. Po takim zabiegu i śniadaniu miałem znów siły na górskie wędrówki, a po dwóch dniach bardzo to polubiłem:)

Wędrowanie
 
Uwielbiam wędrować po górach. Odbyliśmy z E. I moim synem cztery wycieczki: w Dolinę Kościeliską z wizytą w Jaskini Mroźnej, przepięknym Wąwozie Kraków i Smoczej Jamie. Następna była Drogą nad Reglami z Kuźnic do Sarniej Skały i Doliny Strążyskiej, z wizytą w wodospadzie Siklawica ( na Sarnią Skałę mój siedmioletni syn prawie wbiegł, zostawiając nas daleko w tyle :)). Kolejną wycieczką była dolina Chochołowska, z której uciekliśmy po trzech kilometrach – ilość turystów była przerażająca. Odbiliśmy w stronę Doliny Kościeliskiej żółtym szlakiem przez Iwaniacką Przełęcz, która okazała się najtrudniejszym podejściem ze wszystkich wycieczek. Wyczerpani dotarliśmy do schroniska na Hali Ornak, gdzie pod dłuugim odpoczynku zeszliśmy w dół doliny. Na cel ostatniej wycieczki obraliśmy Morskie Oko. Dojście nudne i frustrujące, ale warte zachodu. Przy schronisku zjedliśmy po szarlotce i zimnej coli.:) powrót również pieszo, nie skorzystaliśmy z pomocy końskich zaprzęgów.

Dolina Kościeliska

Wodospad Siklawica – przyjemne schłodzenie po męczącym podejściu i zejściu:)

Śniadanie w dolinie Chochołowskiej:)

Droga nad Reglami

Przepiękny, bajkowy Wąwóz Kraków

Moczenie nóg w Morskim Oku. Woda była naprawdę zimna:)

Odżywianie

Na śniadanie zjadaliśmy jajecznicę i kanapki, bądź musli z jogurtem i kanapki. Do tego herbata i ulubiona kawa:) w plecak zabieraliśmy ze sobą kanapki z nutellą, lub pastellą i warzywami. Awaryjnie zawsze na wyposażeniu znajdowały się wafle ryżowe oraz tabliczka mlecznej czekolady na wypadek kryzysu:)
Po wycieczkach stołowaliśmy się w barach mlecznych, a na ostatni dzień wybraliśmy się do góralskiej restauracji z góralską muzyką na żywo klimatycznym wystrojem i przepysznym jedzeniem. Objedliśmy się cudnie, a Ravioli ze szpinakiem i kozim serem zamawialiśmy dwukrotnie, takie było smaczne.
Po obiadokloacjach, na deser, zajadaliśmy się owocami z targowiska pod Gubałówką:)
Pokonaliśmy ponad 52 kilometry wędrując w górach, a do tego podczas każdej drogi powrotnej mój syn miał ochotę na biegi, więc odbywaliśmy kilka kilkudziesięciosekundowych przebieżek. Mijani turyści byli bardzo zdziwieni, że ktoś schodząc z gór, ma jeszcze siły biegać:)

Podsumowanie

Miniony tydzień uważam za bardzo udany – pod względem wypoczynku, dobrych wrażeń, pięknych widoków, czasu spędzonego razem, jak i treningu. Będzie mi brakowało codziennego widoku szczytów, przemierzania górskich szlaków i wspaniałego nastroju podczas przebywania w górach. Na pewno jeszcze tam wrócimy.