Gorolskie bieganie

Mija czwarty dzień mojego urlopu w Zakopanem. Wypoczynku rozumianego zupełnie inaczej, niż leżenie do góry brzuchem –  mój rozkład dnia w górach wygląda następująco:
5:30 rano pobudka
6 – wybieg
8 – powrót, rozciąganie, kąpiel i śniadanie, jem do oporu:)
10 – wypad w góry.
17-18 powrót, obiad – zmiatam wszystko ze stołu:)
22-23 – sen

 

Nie poświęcam też czasu na bloga, stąd ten post jest raczej nieforemny – piszę go z telefonu:)
Tylko taki plan dnia umożliwia połączenie biegania z wycieczkami górskimi. Dodatkowym utrudnieniem jest ukształtowanie terenu – mało płaskich odcinków, większość stanowią podbiegi i zbiegi. I piękno krajobrazu nie ma tu nic do rzeczy i choć oczy wciąż mówią „biegałbym”, to mięśnie czworogłowe i dwugłowe uda już po dwóch dniach miały na ten temat zupełnie inne zdanie, i naprawdę tęsknią za truchtaniem po płaskim. Aby się nie przetrenować, postanowiłem realizować wyłącznie wolne rozbiegania, zostawiając siły na górskie wędrówki.
Do Zakopanego przyjechaliśmy z E. I moim synem po drugiej nad ranem w niedzielę. Migiem położyliśmy się spać, ale ja po czterech godzinach snu rozpocząłem pierwszy górski trening. Nad mapą Zakopanego w google.maps spędziłem naprawdę sporo czasu, i jedyne długie trasy biegowe wiodły w stronę Kościeliska – czy to górskim szlakiem Drogą pod Reglami, czy też drogą asfaltową. W niedzielę obrałem wersję górską. Nogi zmęczone po sobotniej dożynce nie za bardzo współpracowały, a Droga pod Reglami okazała się wyzwaniem, pomimo niskiego stopnia trudności dla pieszych turystów. Wymęczony dobiegłem do doliny Kościeliskiej, skąd poprzez Kiry i Rysulówkę skierowałem się w drogę powrotną. Tego dnia pokonałem prawie 19 kilometrów biegiem, a wycieczka do Doliny Kościeliskiej dołożyła stopom kolejne 10.
W poniedziałek zbudziłem się zrozpaczony, nie miałem w ogóle sił. Dopiero kiedy uświadomiłem sobie, że w poniedziałki biegam regeneracyjne, poczułem ulgę. Pokręciłem się trochę po Zakopanem ślimaczym tempem, nabiegałem 10 kilometrów i wróciłem, a kolejną dychę pokonałem pieszo w górach.
We wtorek zatęskniłem za asfaltem. Postanowiłem wypróbować drogę do Kościeliska. Cieszę się, że nie sprawdziłem profilu trasy – pierwsze 10 km to prawie non stop podbieg! Starałem się trzymać równe tempo i zbytnio się nie forsować. Po dobiegnięciu do Doliny Kościeliskiej, wybrałem znaną już sobie trasę przez Kiry i Rysulówkę. Prawie 20 kilometrów biegiem dopisałem do biegowego dzienniczka. Stopy odpoczęły od gór, gdyż tego dnia wybraliśmy się na spływ Dunajcem.
Dzisiaj zaplanowałem bieg wyłącznie po górskiej ścieżce. Wybrałem Drogę pod Reglami i Dolinę Kościeliską, i zdecydowałem się lekko naciskać na podbiegach i zbiegach. Było naprawdę ciężko, pomimo tego, że średnie czasy o tym nie świadczą. Wróciłem zmęczony i zadowolony, mając w nogach 22 kilometry, do których dorzuciłem ponad 16 pieszych wędrówek. Jest wieczór, i padam na twarz. Jutro jeszcze tylko rozbieganie, i rozpocznę jednodniowy urlop od truchtania. W niedzielę BNP – muszę zebrać siły:)
Muszę zwrócić honor wszystkim górskim ultrasom – takie bieganie bardzo różni się od uklepywania płaskiego asfaltu, nie doceniałem waszego wysiłku. Kiedyś spróbuję się w takich biegach na dłużej, ale na razie chcę przyspieszyć!