Prace wykończeniowe trwają

Nie chciałem iść na ten trening. Na samą myśl o nim nogi robiły się miękkie. Miałem tysiące myśli żeby go odpuścić, zamienić w łatwiejszy do zniesienia. Nic z tego. Ubrałem się lekko, i bezlitośnie pobiegłem kierunku Brzeźna, gdzie na trasie do Jelitkowa planowałem się dziś wykończyć.

Bardzo dokładnie się rozgrzewałem i rozciągałem opóźniając zasadniczą część treningu – Trzy trzykilometrowe odcinki w tempie 3:30 na przerwie kilometrowej w ślimaczym truchcie, do tego kilometrowy odcinek na koniec „na maksa”. Chcąc w tym roku pokonać „dychę” poniżej 35 minut, takie prędkości interwałów powinienem utrzymywać. Niestety nie udało mi się to nawet na pierwszej trójce (3:30, 3:31,3:31) gdzie ostatni tysiączek biegłem z rozwiązanym sznurowadłem. Następny interwał pokonałem już nieco wolniej (3:33, 3:30, 3:32) a ostatni już zupełnie bez ognia, wlokłem się na nogach jak z ołowiu (3:38, 3:38, 3:32). Na kilometrowym finiszu nie miałem już siły by walczyć, wykrzesałem z siebie „tylko” 3:27.

I powinienem napisać, że trening dał mi dużo satysfakcji, że pokonałem słabości, że to nic że jeszcze nie osiągnąłem założonego tempa odcinków i to kwestia czasu.. Tak jest, ale wszystkie te uczucia są przytępione przez ogromne zmęczenie – dziś nie mam siły nawet stać, mam ochotę tylko leżeć, a poruszałbym się najchętniej o kulach, naprawdę.

 Mądre stosowanie tych najcięższych bodźców ma dla mnie dwa efekty. Pierwszy jest oczywisty – przyrost formy, poprawienie szybkości, wydolności. Drugi jest bardziej nieuchwytny, i jest to jedno z najpiękniejszych uczuć jakie doznałem podczas biegu – ostatnie kilometry zawodów przypominam sobie te wszystkie ciężkie treningi i pracę włożoną w to, aby znaleźć się w tym miejscu i w tym czasie. Trudno mi nazwać ten stan, to wzruszenie pomieszane z satysfakcją, mam wtedy ochotę śmiać się przez łzy. W pogoni za tym uczuciem będę aplikował sobie jeszcze niejedną taką „wyrypę”. Polecam!