Szlakiem Zagórskiej Strugi z przygodami

Z Wejherowa do Gdyni Wzgórza Św Maksymiliana ciągnie długi na 56 kilometrów, czarny szlak. W zamierzchłych czasach pokonałem pieszo odcinek z Gdyni do okolic Redy, gdzie zrobiło się ciemno, zimno i wyczerpały mi się baterie w latarce. Szlak mnie pokonał, gdyż chciałem dotrzeć nim do samego końca. Tym razem planowałem się na nim sprawdzić biegnąc z Rumii do Gdyni (34 kilometry) – ostatnie niedzielne rozbieganie i samopoczucie po nim, pozwoliło mi sądzić, że taki odcinek będzie dla mnie do przyjęcia.

Pobudka o 4:45. Poranne mycie i przygotowanie na bieg wykonałem bardzo szybko – ubiór dobrałem letni, do bidonu nalałem napój węglowodanowy wygrany w zawodach, a w kieszeń papier, telefon, dokumenty i pieniądze. Nie miałem czasu na jedzenie gdyż zostało ledwie kilka minut do odjazdu kolejki, więc wziąłem banana w jedną rękę, butelkę wody w drugą i pognałem na stację Politechnika. W SKM-ce skonsumowałem śniadanie i próbowałem się zdrzemnąć, ale nie zmrużyłem już oka. Wysiadając w Rumii gorzko pożałowałem swojej niefrasobliwości w doborze ubioru – temperatura rzędu 10 stopni i chłodny, momentami silniejszy wiatr, zredukowały radość z rozpoczynającej się wycieczki do zera. Zziębnięty i zły rozpocząłem swoją wyprawę.

Mając dwa kilometry w nogach trafiłem na drogowskaz i kierowałem się już tylko oznaczeniami szlaku. Ten na sam początek zafundował mi serię podbiegów i zbiegów, co nie było zbyt przyjemne dla nóg, zmęczonych wczorajszymi zawodami. Utrzymywałem więc możliwie niskie tempo aby się nie zamęczać, na szczęście po kilku kilometrach droga nieco się spłaszczyła. Starałem się nie zwracać uwagi na wiatr, ale było mi naprawdę za zimno, do tego stopnia, że nie wyczuwałem wibracji Garmina. Temperaturę wynagradzały mi przepiękne widoki, których nie brakowało, tak jak przygód…

Pierwsza wydarzyła się na 13 kilometrze. Biegłem wtedy na skraju polany, coraz bardziej zachwycając się przebywaniem na łonie przyrody. Naraz usłyszałem trzask łamanych gałęzi w lesie. Pomyślałem „kto o tej porze chodzi po lesie i to na przełaj?” w odpowiedzi usłyszałem głębokie, basowe chrząknięcie, zdradzające dużą siłę zwierzęcia. Spojrzałem w las i ujrzałem ogromnego dzika! Mierzący chyba z metr wysokości zwierz biegł równolegle do szlaku, a za nim drugi! Struchlałem i pognałem przed siebie, lecz dziki nie były zainteresowane pościgiem (może słyszały o mojej nowej życiówce, hehe:)) ulżyło mi, ale do końca wycieczki byłem trochę bardziej wyczulony na leśne odgłosy.

Kolejne przygody to gubienie szlaku, które przydarzyło mi się na sam koniec. Pierwsze przy torach kolejowych – nie było znaku, że szlak przed nimi skręca, ale było to dla mnie oczywiste, więc szukając go nadrobiłem dwa kilometry. Finalnie okazało się, że wystarczyło przebiec przez tory:) Po kolejnych dwóch kilometrach nieprecyzyjny znak wyprowadził mnie na manowce. Kiedy zgubiłem szlak po raz trzeci, postanowiłem, że wystarczy na dziś. Odnalazłem go i dobiegłem do najbliższego przystanku, bez zatrzymania wsiadając w autobus. Miałem 35 kilometrów w nogach i czułem, że zaraz zacznę się zarzynać tym biegiem.

Oczekując na SKM-kę kupiłem 2 bułki czosnkowe i izotonik. Przed jedzeniem porozciągałem się jeszcze, co nie było ani łatwe, ani przyjemne. Do pociągu wsiadłem zmęczony, zziębnięty i szczęśliwy – zaliczyłem wspaniałą wycieczkę biegową, i z pewnością wrócę jeszcze na szlak zagórskiej strugi.