Bieg Do Źródeł – relacja

Bieg do źródeł miał być pierwszą „dychą” na tak płaskim terenie. W przeciwieństwie do gdyńskiej trasy, dzisiejsza – ze startem w Jelitkowie, nie miała solidnego podbiegu i zbiegu, nie miała też czterocyfrowej liczby uczestników. To rodziło we mnie nadzieję zarówno na dobre miejsce jak i wynik. Ale zacznę od początku.
Zbudziłem się o 7:30 i naszykowałem śniadanie – jajecznicę i sok z grejpfruta. Nie przejmowałem się zbytnio żołądkiem, ponieważ start biegu był przewidziany na 12:00. Miałem ponad cztery godziny do startu, czyli wystarczająco dużo czasu na załatwienie ewentualnych problemów. Aby mieć pewność, popiłem wszystko półlitrową kawą:) Do biura zawodów planowałem dobiec tuż przed 11 czyli przed zamknięciem, więc zająłem się domowymi sprawami, odpoczynkiem i koncentracją. Nie przemyślałem jednak dokładnie sposobu dotarcia na miejsce zawodów, zrobiła się godzina 10:30 i uzmysłowiłem sobie, że biegiem mam do pokonania 5.5 km na miejsce startu, pozostał mi więc dojazd tramwajem. Pakowanie odbyło się w panice, trucht na przystanek i.. Przyszło mi poczekać kilka minut:) do biura zawodów biegłem ponad kilometr, aby zdążyć odebrać pakiet, dotarłem tam 3 minuty przed zamknięciem. Szczęśliwy, że zdążyłem.
Organizacja przedstawiała się naprawdę dobrze. Błyskawicznie otrzymałem pakiet, w którym oprócz czipa i numeru startowego znalazły się pokrowiec wodoszczelny na telefon oraz koszulka techniczna. Niestety w rozmiarze przeznaczonym raczej dla myślących o ruchu, niż dla biegacza, ale nie było to zaskoczeniem:) Obok biura znajdowała się przebieralnia, w której odurzyłem się zapachem maści rozgrzewających stosowanych przez biegaczy, oraz depozyt i punkt masażu! W ramach rozgrzewki wykonałem dwukilometrowy trucht, drobiazgowe rozciąganie, w tym czasie okolica startu zaczęła się zagęszczać. Znalazłem się tam trzy minuty przed startem, a w roli kibica pojawiła się moja Mama:)
Po wystrzale startera standardowo wyprzedziło mnie kilkadziesiąt osób. Ja realizowałem pierwszy kilometr tempem ~3:40 i zacząłem przyspieszać. Na drugim tysiączku minąłem większość wyprzedzonych podczas biegu osób i zagęściłem ruchy. Kolejne kilometry trzymałem tempo 3:35-3:30 a panująca temperatura i lekki wiatr przynosiły wielką ulgę. Mijając półmetek spojrzałem na stoper i zwietrzyłem szansę na życiówkę. Szósty kilometr to już nawrót w stronę Jelitkowa, wyprzedziłem kolejnego zawodnika, i wziąłem dwóch kolejnych na celownik. Niestety po zmianie kierunku wiatr wiał prosto w twarz, potęgując zmęczenie. Starałem się zbliżyć do rywali, ale zajęło mi to kolejne trzy kilometry. Na tysiąc metrów przed metą kipiałem wolą walki, ale przeczuwałem, że zawodnicy przede mną nie dadzą się łatwo minąć. Przyspieszyłem – oni również – przyspieszyłem jeszcze, chcąc znokautować ich prezentowanym zapasem mocy (tak mi się wtedy wydawało, dyszałem jak lokomotywa:)) udało się, lecz na plecach wciąż słyszałem czyjś oddech.

Do mety zostało kilkaset metrów, i wtedy obydwa uda zaczęły mięknąć. Zostałem wyprzedzony przez jednego biegacza, ale nie mogłem już podjąć walki. Wrzeszcząc wniebogłosy z bólu, chęci utrzymania tempa, miejsca i życiówki, pokonałem ostatnie sto metrów. Za linią mety uklęknąłem na kolana i oparłem się na łokcie. Nigdy nie byłem tak zmęczony i jednocześnie szczęśliwy, wstałem, odebrałem medal i gratulacje od Mamy. Pogratulowałem też tym którzy przybiegli przede mną i poczłapałem na masaż, do depozytu i przebieralni. Po kilkunastu minutach otrzymałem sms z wynikiem open: miejsce 8 i w kategorii: miejsce 3! Nie posiadałem się z radości:)

 

finisz! za zdjęcia dziękuję Patrycji Sawicz

 

Na dekorację przyszło nam czekać dwie godziny, a pogoda nie umilała tego czasu oczekiwania, więc spędziliśmy go z Mamą na herbatce w pobliskiej restauracji. Kiedy zaczęto wywoływać zawodników z mojej kategorii wiekowej na podium, na 3 miejsce poproszono kogoś innego, na drugie też. Pomyślałem – „no nie, powtórka z Brzeźna, pomylono mi numery” – okazało się że zostałem wezwany na najwyższy stopień podium! To dopiero była niespodzianka! W ramach nagrody otrzymałem bon na 150 zł do intersport, klepsydrę i krokomierz:) A gratulował sam Mateusz Kusznierewicz – od uścisku jego dłoni chyba podniósł mi się pułap tlenowy 🙂 Wracałem do domu bardzo zadowolony, z nową życiówką i obdarowany nagrodami.

Re-Forma po biegu. Znam gabinet z wizyt na saunie  

Pierwsze miejsce w kategorii 30-39, zdjęcie dzięki uprzejmości tomaszsagan.pl

Bieg do źródeł ma u mnie wielkiego plusa. Fantastyczna organizacja, na trasie wolontariusze wskazywali kierunek w newralgicznych miejscach, doskonała praca biura i depozytu, do tego płaska trasa, pomiar czasu, po biegu masaż i dobre nagrody. Polecam i zdecydowanie wezmę w nim udział za rok!