Dolina Ewy i Źródło Marii

Od najmłodszych lat ciągnęło mnie do lasu. Może moja Babcia i Mama mają inne zdanie i chętnie przypomniałyby historię o tym jakie dźwięki wydawałem bojąc się pająka :), ale ja z lasem wiążę jak najmilsze wspomnienia. Pamiętam wakacje w Gołuniu, gdzie Dziadek uczył mnie jak „chodzić po lesie” – cudzysłów jest nieprzypadkowy – w mojej rodzinie powiedzenie, że ktoś potrafi chodzić po lesie rozumiałem jako wielką pochwałę. Pamiętam wycieczki nad jezioro, niezliczone grzybobrania i wielką satysfakcję, gdy w końcu to ja znalazłem jadalnego grzyba, a nie muchomora. Pamiętam objadanie się jagodami i malinami prosto z krzaków. Później jako harcerz spędzałem w lesie całe tygodnie podczas letnich obozów, gdzie dodatkowo zdobywałem wszystkie możliwe sprawności które wiązały się z samotnym nocowaniem w szałasie, lub nawet na drzewie, z dala od obozu. Nie, nie bałem się – uwielbiałem to robić.

Mając lat osiemnaście rozpocząłem eksplorowanie pomorskich szlaków turystycznych, raczej samotnie i pieszo. Pokonywałem nawet ponad 40 kilometrów pieszo, zaliczając całe szlaki za jednym razem. Starałem się maszerować żwawo i dobrze nawigować przy pomocy mapy i kompasu. Robiłem postoje w mijanych wsiach, gdzie kupowałem ciastka na wagę za „dychę” w ramach posiłku regeneracyjnego:) Uwielbiałem przysiąść na napotkanej kłodzie, gdzie najzwyklejsza kanapka z serem popijana herbatą z termosu smakowały jak nigdzie. Do domu wracałem zwykle na nogach, które trudno mi było rozprostować:)
Lubię wracać myślami do tamtych czasów. I aż dziw bierze, że dopiero niedawno wpadłem na to, żeby te podróże urzeczywistnić. Odwiedzić dawne ścieżki, strumyki, jeziora i wsie. Wdychać zapach drzew, poczuć na twarzy krople rosy strząśniętej z potrąconego liścia, nasycić oczy niepowtarzalnymi wrażeniami, dać odpoczynek uszom od miejskiego hałasu i posmakować wody prosto ze źródełka. Doznawać przyrody wszystkimi zmysłami.

Dziś wstałem o 6 rano. Czułem się kiepsko – powinienem się cieszyć wyjściem do lasu, ale wielkiej euforii nie było. Wychodząc zapomniałem Motoactv, aby przetestować w niej nawigację po szlaku. Chciałem się cofnąć, ale zabrałoby mi to dodatkowe kilkanaście minut, „szkoda czasu, telefon będzie musiał wystarczyć” -pomyślałem. Nie mogłem się guzdrać, przed pracą czekała mnie jeszcze instalacja suszarki u Babci:) Komunikacją miejską dotarłem do Złotej Karczmy, gdzie rozpocząłem bieg kierując się oznaczeniami żółtego szlaku „Trójmiejskiego”. W tym miejscu warto dodać, że kiedyś szlak nosił nazwę „Wzgórzami Trójmiasta”, co przypomniałem sobie wbiegając na Wzgórze Marii. Nogi trochę się podgotowały, więc na szczycie zrobiłem postój.

500 metrów dalej znów zrobiłem krótki postój, gdyż nie mogłem sobie odmówić wykonania tego zdjęcia:)

Kolejne podbiegi nie były już takie wymagające, ale czułem się trochę wyczerpany. Sytuacja zmieniła się po przekroczeniu ulicy spacerowej – zmęczenie minęło, a ja przypomniałem sobie jak kiedyś zgubiłem tam szklak..  i dziś wydarzyło się dokładnie to samo, w tym samym miejscu:) Tym razem nie błądziłem z mapą, wiedziałem, że droga którą podążałem zaprowadzi mnie do Gołębiewa, gdzie na pewno znajdę żółte znaki. Nie myliłem się, a to wspomnienie wprawiło mnie we wspaniały nastrój, przez co bieg stał się jeszcze przyjemniejszy. Zacząłem żałować, że zabrałem pas z bidonem – planowałem dotrzeć do Źródła Marii i tam ugasić pragnienie. Niestety znów zgubiłem szlak, a kiedy się zatrzymałem i udało mi się ustalić położenie, spojrzałem też na zegarek – dochodziła 8:30, musiałem wracać – a pas z bidonem okazał się jednak przydatny:) Tu zorientowałem się, że niezbyt dokładnie przemyślałem powrót do domu – nie chciałem wracać tą samą drogą, ale ze Źródła Marii do Sopotu nie prowadzi żaden szlak. Postanowiłem dotrzeć „na czuja” do szlaku niebieskiego – Kartuskiego i podążać nim do Kamiennego Potoku, skąd miałem wrócić SKMką. Nie było to trudne, ale na chwilę wyrwało mnie z leśnego wyciszenia – przebiegłem kilkaset metrów ulicą sopocką:) Najszybciej jak to było możliwe dałem z powrotem nura do lasu, i znalazłem mój szlak:) Kierując się liczbami z drogowskazu zmieniłem plany – do Sopotu miałem 4km, a do Oliwy 7. Wybrałem drugą opcję, którą uznałem za najszybszą i najprzyjemniejszą. Nie pomyliłem się – fantastyczna trasa, dobrze oznaczona, nic, tylko biegać! Mijając pachołek w Oliwie nie mogłem sobie odmówić wejścia na wieżę – taki widok to świetne zakończenie dzisiejszej wycieczki.