Kierunek: jezioro Otomińskie

W okolicach Sanktuarium w Matemblewie spotykają się 3 szlaki:
  • Żółty Trójmiejski – Z Gdańska do Gdyni – 44 km
  • Zielony Skarszewski -Z Sopotu Kam. Potoku do Skarszew – 80.7 km
  • Niebieski Kartuski – Z Sopotu Kam. Potoku do Kartuz – 69.5 km
Znajduje się tam też mapa turystyczna, oraz drogowskazy. Na jednym z nich widniał napis „Jez. Otomińskie”. Podczas wycieczki w zeszłym tygodniu pomyślałem, że warto udać się tam, oczywiście w biegowym stylu.
Wczoraj, po biegu regeneracyjnym zdecydowalem, że dziś ruszę do lasu. W google.maps odmierzyłem linijką długość trasy – pomiar pokazał ~28 km. Stwierdziłem że dystans jest do przyjęcia, i że nie wpłynie na moje plany treningowe w środę. Wstałem z łóżka o 8 rano i zacząłem szykować się do wyjścia. A wybierałem się chyba z godzinę. Jedzenie, ubieranie się, szykowanie wyposażenia – na wszelki wypadek zabrałem ze sobą kartę miejską, bankomatową i dychę. Papier toaletowy – wiadomo, konieczność 🙂 Do bidonu nalałem wody, wsypałem pół łyżeczki soli, dwie cukru, dodałem sok z cytryny i tabletkę multiwitaminową oraz B complex. Zmieniłem też outfit – tylko krótkie spodenki, i luźna koszulka z 14 Maratonu w Poznaniu. Zwykle nie biegam w luźnych koszulkach technicznych, ale dziś chciałem poczuć trochę luzu jaki one dają – zatem obowiązkowo musiałem zakleić sutki plastrem, którego poszukiwania  i naklejanie zajęły mi kolejne 10 minut. Buty wybrałem „nieleśne” – zamierzałem sprawdzić jak Supernovy sprawdzą się w trudnym terenie.
Uff! W końcu wyszedłem, i nie żałowałem zmian w stroju – na zewnątrz temperatura wynosiła jakieś 21°C i było bardzo słonecznie. Złapanie satelit zajęło kilka sekund i wybiegłem ulicą Kościuszki, by potem Słowackiego, a następnie Potokową znaleźć się w dolinie Strzyży. Pokonanie części miejskiej nie było wielką przyjemnością – wciąż pod górę i duży ruch i zatrzymywanie sie na światłach. Wreszcie znalazłem się w lesie. Dobiegłem do drogowskazów, i otworzyłem szeroko oczy – miałem w nogach już 7 kilometrów, a drogowskaz pokazywał, że do celu pozostało mi jeszcze 11.5! Dobrze że nie zapamietałem wcześniej tej liczby, bo nie zdecydowałbym się na tę trasę. Oceniłem że wystarczy mi czasu nawet na wydłużony wariant, a w razie czego miałem przecież kartę miejską.

Od tego momentu zaczęło się błądzenie. Miałem podążać szlakiem niebieskim, a biegłem zielonym, a potem żadnym. Podążałem wzdłuż Strzyży, a wrażeń dostarczały mi kłody, które musiałem przeskoczyć lub przebiec pod nimi. Fajne przez pierwszych kilka, ale po kilkunastu, jak widziałem następną, mówiłem już tylko kur.. pod nosem. Przeskoczyłem strumyk i wtaplałem się jedną nogą w błoto, grrr!  Odtwarzałem sobie w myślach przebieg szlaków na mapie i w końcu trafiłem na obydwa przy Auchanie. Ale znów je zgubiłem 🙂 Obrałem więc drogę w taki sposób, aby ten niebieski szlak przeciąć, jednak nie udało się. Musiałem zorientować się przy użyciu telefonu, a szlaku nie znalazłem do samego jeziora Otomińskiego. Gdy dotarłem do celu, Garmin pokazał mi dystans ponad 17 kilometrów. Z Otominem związana jest pewna legenda, którą przeczytałem jeszcze jako chłopiec, i to może przez nią darzę sympatią to miejsce. Pozachwycałem się widokami, napoiłem miksturą, jęknąłem „ehh” i rozpocząłem powrót do domu.

Miałem do wyboru dwie drogi: Przez Kowale, Chełm Gdańsk Główny, lub zielonym szlakiem do doliny Strzyży i potem tą samą drogą. Wybrałem las:) Z powrotem miało być z górki i było, ale mimo to nie uniknąłem zgubienia szlaku, ale dość szybko na niego wracałem.

Kiedy dotarłem do Strzyży, miałem już za sobą 26 kilometrów, skończyło mi się też picie. Uzupełniłem zapas w sklepie, kupiłem napój prosto z lodówki i wychłeptałem połowę, a pozostałość nalałem do bidonu. Przydała mi się podczas postojów na światłach – nastała miejska część wycieczki, tym razem z górki, ale znów samochody, hałas, spaliny i światła. Niemniej biegło mi się całkiem lekko i nie czułem zbytnio dystansu, który pokonałem. Pod domem licznik pokazał mi 33 kilometry i 400 metrów. Miałem już bardzo mało czasu na przygotowanie się do pracy, więc w migiem rozciąganie, pranie ciuchów i mycie butów. Po takim wysiłku posiliłem się całą saszetką brązowego ryżu z pysznym sosem przygotowanym przez E. Tego mi było trzeba!