Poprawy formy nie stwierdzono

W całym koronawirusowym płynie czas płynie mi dwojako. Z jednej strony szybko – bo przecież minął już prawie miesiąc.. co w tym czasie zrobiłem? Wszelkie plany, przygotowania do przedsięwzięć, nie tylko biegowych, wzięły w łeb. Z drugiej strony ten sam czas płynie nieznośnie wolno, a końca epidemii nie widać.

Epidemiczny rygor wbił się w życie każdego z nas bolesnym klinem. Dobijanym z tygodnia na tydzień wciąż głębiej i mocniej. Czasami sami nawzajem dobijamy go sobie, piętnując się zajadlej nawet, niż patrolujące ruch uliczny służby.

Do mnie dotarło to kilka dni temu. Ruch i wychodzenie z domu nie jest luksusem i wydumką. Jest podstawową potrzebą na równi z jedzeniem i piciem. Bezdysusyjnie szanowany w przypadku czworonogów, u ludzi – traktowany jakby samo przebywanie na zewnątrz wiązało się z nieustannym kichaniem, pluciem i ocieraniem się o siebie.

Spacer z psem = uzasadnione dbanie o potrzeby czworonoga
Spacer samotny, rower, bieg, aktywność = zgroza! zaraz wszystkich pozaraża! Wlepić takiemu mandat i pozamykać w celach!

NIE!

Potrafię trzymać dystans od innych ludzi – tak w sklepie jak w lesie, wszędzie. To nie jest bardzo wymagające i widzę że te zasady stosuje większość ludzi którch spotykam.

Bieganie w takich czasach nie jest przyjemnością. Jest koniecznością, higieną dokładnie taką samą jak mycie dłoni. Zamknięcie wstępu do lasów odczytuję jako (kolejną) nieudolną próbę stworzenia wrażenia, że jakieś działania są podejmowane w walce z narastającą liczbą chorych. Karanie łamiących zakazy jest mierzalne i spektakularne. Surowa kara ma reprezentować zdecydowanie rządzących w ograniczaniu zachorowań. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie – kryje ona niekompetene decyzje podejmowane w pośpiechu lub pogodni za własnym interesem.