Migawka z Berlina

Służbowa podróż zawiała mnie na nocleg Berlinie. W tym, Berlinie, od tych maratonów, gdzie niektórzy biegacze przypadkiem i nieświadomie przyprawiają o szybsze bicie serca właścicieli rekordów świata na tym dystansie.

Być w Berlinie i nie pobiegać, to jak nie pójść ze święconką w Wielką Sobotę. Trzeba to zrobić, to coś więcej od zwykłego znaczenia terenu treningami w innych miejscach. To jak wzmocnienie zbroi, jak nawoskowanie umytego auta (wosku nie widać, ale lakier jakoś bardziej lśni), jak założenie świeżej, wyprasowanej koszuli.

Wybiegłem przed świtem wiedzony nieco już wytartym śladem niebieskich pasów na asfalcie. Ten ślad który dla kilkudziesięciu tysięcy biegaczy wyznacza najkrótszą i optymalną trasę wyścigu po życiówkę (albo trollowania rekordzistów swiata) dla reszty ludzi jest niezauważalnym, niewidocznym wręcz gryzmołem. Dobiegłem do Bramy Brandenburskiej i zanurkowałem do parku Tiergarten.

W ten zwykły czwartkowy ranek natykałem się na biegaczy dosłownie co krok. A to kilkunastosobowa grupa, za chwilę truchtająca parka, czy niezliczeni poszukujący samotnosci długodystansowca. Wkomponowałem się w ten biegowy ruch ze swoim fartlekiem i przeszyłem Tiergarten ściegiem GPS trzykrotnie, coby trwalej tkaninę wspomnień połączyć.