Niechcemiś

W ostatnim wpisie nagrzałem się na półmaraton. W głowie planowałem już mocne jednostki ktore miały podbić formę niedzielę 17 listopada. Interwały, zbiegi, krótsze biegi ciągłe – trochę bym tego zmieścił w planie. Problem w tym że mi się literalnie nie chciało.

Rozbieganie – chętnie, jak najbardziej, ale już sama myśl o czymś szybszym powodowała niechęć. Co więc mogłem zrobić, jeśli czeka mnie start, a nie chciało mi się trenować na poważnie? Odpowiedź jest dziecinnie prosta – pobawić się:) <suchar alert>A wiadomo, że biegacz najlepiej bawi się tylko na Zabawie Biegowej </suchar alert>

Podjąłem 2 takie zabawy

  • 2 serie po 11x(1min szybko/1min truchtu)
  • 8x(1min szybko/1min truchtu+2min szybko/1min truchtu)

Choć trudno w to uwierzyć, ale wybawiłem się świetnie. Ciekawe, że te minutowe odpoczynki wystarczały bardziej na przeżycie niż powrót do rówanowagi, ale lepiące sie do ciała, przepocone ciuchy zniechęcały mnie do truchtania dłużej niż zaplanowaną minutę.

Wczoraj – w niedzielę miałem przyładować 3x5km i.. zostałem w łóżku. Tak bardzo mi się nie chciało, że w ogóle odpuściłem trening. Wreszcie dziś, na zupełnej swieżości podjąłem kilometrówki 6x1km @3:30 z przerwą w truchcie o tej samej długości. Fajerwerków nie było – krok 175cm, kadencja 165kr/min – naprawdę bywało lepiej:)

Mimo wszystko jestem dobrej myśli. Bieganie już nieraz pokazało mi, że ignorowanie potrzeb ciała nie jest bezpieczną drogą prowadzącą do wymarzonych wyników. Może nie nabiegam tyle ile chciałem, może spuchnę na trasie. A może dopieszczone i wypoczęte ciało odwdzięczy się dniem konia na starcie?