Niedzielna trzydziestka z Usainem Marleyem

Nie miałem planów pisać relacji z tego treningu. Nic szczególnego się nie wydarzyło – zwykłe niedzielne rozbieganie doprawione porcją szybszych kilometrów na początek i zakończenie. Trochę przewietrzyliśmy płuca, trochę pogadaliśmy o wszystkim i o niczym, dobiegliśmy do Orłowa i z powrotem – bez historii.. oh wait – na kilka kilometrów podczepił się do na hipis. Taki prawdziwy(!) z dredami, w luźnych ciuchach i.. klapkach basenowych na nogach!

Rozpoczęliśmy żwawo – 2km rozgrzewki i 4km po 3:40/km ( w praktyce wyszło nawet szybciej:) ) i potwierdziło się, że bieganie w grupie – (w tym wypadku w duecie z Tomkiem Bagińskim), napędza. Ani się obejrzeliśmy a już można było zwolnić do tempa spokojnego biegu. Z planowanego spokoju niewiele wyszło – tempo samo wchodziło na 4:20 i wkrótce przestaliśmy zwracac na nie uwagę.Dzień wprost idealny na taki trening – temperatura 12°C, niewielka bryza – nic, tylko biegać! Dokulaliśmy się przez prawie pusty deptak nadmorski aż do Orłowa, gdzie wschodzące słońce, nie mogąc przebić się przez gęste chmury, podświetlało je na urzekająco złocisty kolor. Po chwili odpoczynku ryszyliśmy w drogę powrotną.

Wtedy na drodze pojawił się On. Miękkie, zwiotczale ruchy, zupełnie niesportowe ciuchy, grube i długie dredy oraz basenowe klapki na bosych, pokrytych piachem stopach. Biegł, a własciwie sunął bezwładnie po chodniku. Minęliśmy go tak, jak na autostradzie mija Was auto anonsujące swoją podróż lewym pasem, serią błysków swiatłami drogowymi. Czyli szybko:)Po kilkunastu metrach w naszą rozmowę zaczęły wdzierać się obce dźwięki – tak, hipis postanowił podłączyć się pod nasz pociąg poruszający się w tempie ~4:20. I dawał radę! W klapkach, ciężkich ciucach i z pewnością ciążącymi dredami trzymał się kilkanaście kroków za naszymi plecami. Gdy zatrzymaliśmy się na postój techniczny, nie krył rozczarowania ale pognał dalej.

Trochę mieliśmy nadzieję, że mamy go z głowy – przecież gdyby miał paść z wycieńczenia, bylibyśmy w jakimś stopniu odpowiedzialni, a przynajmniej moralnie zobligowani do udzielenia pomocy. Nic jednak z tego! Kilkaset metrów dalej hipis wyskoczył z plaży i zajął z góry upatrzoną pozycję kilkanaście metrów za nami.

Biegacze, hej – zaczekajcie

Zawołał w pewnym momencie.

Bardzo chcę z Wami pobiec, ale muszę się napić wody, zaczekacie na mnie?

Zapytał błagalnym tonem.

Za kilkaset metrów jest przy drodze poidło. My też się tam zatrzymamy, więc jeśli pobiegniesz za nami, też będziesz się mógł napić

Odpowiedzieliśmy. W praktyce dystans do saturatora wynosił ponad 2 kilometry, które okazały się dla naszego gościa bardzo wymagające. Co kilkadziesiąt sekund wołał błagalnie o postój, a odległość między nami powoli wzrastała.

Jeszcze trochę, dasz radę!

Motywowaliśmy go nie przerywając biegu.Wreszcie dotarliśmy do źrodełka. Hipis nachylił się, zasłaniając całe poidło gęstymi dredami. Nie można było zobaczyć, ale dało się usłyszeć, że pije. Trwało to dobre 2 minuty.

Jeszcze tylko się wysikam i mogę biec!

Podniósł wreszcie głowę wyraźnie ucieszony. Załatwianie się zajęło mu jeszcze więcej czasu niż picie, a nasza cierpliwość już się wyczerpała. Ruszyliśmy już nieco szybciej, po ok 4:00/km z zamiarem zgubienia niepodziewanego gościa. Hipis próbował jeszcze się nas trzymać, ale po kilkuset metrach dał za wygraną. Poczułem ulgę – naprawdę nie miałem ochoty poświęcać treningu dla – nawet nie wiem czy do końca trzeźwego – jegomościa. Zostawienie go w pobliżu poidła pozwoliło mi przyjąć, że jakoś sobie poradzi, i zdjąć niewygodny kaftan odpowiedzialności.

Na deser czekały jeszcze 4 szybkie kilometry. Znów podjęliśmy je szybciej niż planowałem – zamiast 3:40 wyszło 3:37 – 3:31 – zatem całkiem żwawo, biorąc pod uwagę, że 25 kilometrów już mieliśmy w nogach. Na schłodzenie wpadły jeszcze ponad 4 kilometry w konwersacyjnym tempie 4:20, które po całym treningu wydawało się bardzo komfortowe.Bilans treningu to ponad 33 kilometry w tempie 4:14 oraz jeden uratowany, a być może zainspirowany do biegania, hipis. Kto wie, może ktoś z Was spotka go kiedyś na zawodach?

Post navigation