Zbiegam

Na złamanie karku, po chodniku ledwie oświetlonym nocą przez uliczne latarnie. Dobrze znam ten chodnik i każdą w nim, najdrobniejszą nawet nierówność. To tu przez ostatnie lata przybiegałem na treningi siły biegowej, uparcie, seria za serią pokonując trasę w przeciwną stronę. Podbiegi, skipy, wieloskoki – fantatsyczne ćwiczenia angażujące dużą liczbę mięśni, powtarzane seriami miały budować siłę potrzebną do utrzymania maratońskiego tempa. Budowały – a jakże! – w koncepcji ruchu biegowego generowanego siłą skurczu mięśni, wzrost siły przekłada się na wzrost prędkości.

Dziś nie używam mięśni. Chcę wykorzystać grawitację do rozpędzenia ciała do dużych prędkości i wynikających z nich przeciążeń działających na tkanki. Naciągają się od stopy, przez kolano, tyłek i plecy aż po głowę. Wyraźnie czuję rytm kroku wybijany na skórze głowy. Nie używam mięśni – rozpędzam się bezwładnie tylko do takich prędkości przy których jeszcze panuję nad ruchem i zachowuję rozluźnienie.

Trening zbiegów ma kilka pozytywnych efektów. Tym najistotniejszym jest przeciążenie i wynikająca zeń adaptacja – duże przeciążenia tkanek będą przy odpowiedniej regeneracji powodowały ich wzmocnienie w kierunku znoszenia jeszcze większych prędkości. Zbieg ułatwia wyłączenie mięśni których napięcie nie jest potrzebne, a wręcz zmniejszałoby efekt ćwiczenia. Z pierwszego efektu wynika zaś drugi – nauczenie się rozluźnienia na zbiegu (które jest łatwiejsze) ułatwia poszukiwanie go na płaskich odcinkach a nawet podbiegach (co jest nieco trudniejsze). Instynktownie przecież – gdy chcemy przyspieszyć – spinamy się, prostujemy i sztywniejemy. Na zbiegu można łatwo nauczyć się, że aby biec szybciej wystarczy tylko rozluźnić się i pochylić. Nic więcej nie jest potrzebne.

Jest jeszcze trzeci efekt zbiegów – po prostu umiejętność szybkiego zbiegu. Większość biegaczy na zbiegach załatwia sobie mięśnie czworogłowe ud – instynktownie przyhamowując. Opanowanie dobrej techniki zbiegu pozwala odstawiać przeciwników nie tylko podczas górskich zawodów – wiem coś o tym:)

Zbiegam raz w tygodniu, 10 serii po 200 metrów, na nachyleniu 4%. Wbrew pozorom, taki trening to bardzo mocny bodziec dla całego organizmu i może spowodować u początkujących z nim naprawdę duże zmęczenie, trwające nawet klika dni.

Efekty, są jak do tej pory interesujące. Niesamowicie wzrosła swoboda podczas rozbiegań, gdzie muszę się pilnować by nie przekraczać 4:00/km ( w końcu to rozbieganie ). Na biegach ciągłych doszedłem do tempa 3:45-3:40 bez wytrzeszczania oczu i głębokiego oddechu – wszystko ze spokojem i dostojnością. A jak na wyższych prędkościach? nie wiem:) Zagapiłem się z zapisem na zawody (Bieg Westerplatte, Kaszubska Poniewierka) aby to sprawdzić. Może to i dobrze – z każdym tygodniem i trenigniem zbiegów tkanki robią się coraz mocniejsze:)