SRT – na progach

Nie odpoczywałem długo po maratonie, nie musiałem. Zrobiłem wolny piątek, w sobotę wyszedłem potruchtać, a w niedzielę mogłem już normalnie biegać. Nigdy wcześniej nie zregenerowałem się po maratonie tak szybko – a bywały takie po których kamienie w nogach odczuwałem przez ponad tydzień. Tym razem nic – ani zbolałych, zbitych na kwaśne jabłko mięśni, naciągnięć, pobolewań kłuć i skrzypień. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w zachowawczym pokonaniu końcówki dystansu ale też przede wszystkim – w nowej technice biegu.

Weekend po maratonie zawitałem w podpoznańskim Iten na kolejne już warsztaty. Popracowaliśmy nad rozluźnieniem, koordynacją. Prowokowaliśmy przeciążenia tkanek, rozpędzając się na zbiegach nawet do 24km/h, a w lesie na przełajowych trasach do 19-20km/h.

Nie mogłem uwierzyć jak łatwo osiągałem takie prędkości – bez żadnego spięcia, zupełnie pasywnie. Można śmiało powiedzieć, że yacool lepiej biega mną niż ja. Moje ciało słucha jego wskazówek z roweru i „samo” szybko biega bez wysiłku, odwdzięczając się bananem od ucha do ucha. Z mojego przedmaratońskiego wywiadu w radio i warsztatów yacool zmontował film:

Wciąż jest nad czym pracować – brakuje rozluźnienia, plecy wciąż są sztywne, a nogi spięte. Mógłbym też agresywniej ładować nogę wykroczną i zejść na niej jeszcze niżej. Szczególnie to ostatnie dało mi do myślenia po tym jak miękko wjechałem na prędkości>19km/h. Wyobrażacie sobie? Nie? To pomyślcie o tym jak przyjemnie i miękko czujecie się przeciągając się po wstaniu z łóżka.. tak miękko że chciałoby się znowu w nie wpaść – no właśnie! To taki poziom relaksu jak podczas błogiego wpadania do łóżka doświadczyłem śmigając po leśnej ścieżce 19km/h

Z warsztatów wróciłem oczywiście na gigantycznym gazie i trudno było mi biegać wolno przez cały następny tydzień. Pierwsze kilometry rozbiegań to jeszcze trzymałem się okolic 5min/km, ale później – noga sama się rozkręcała i zanim zdążyłem się obejrzeć już 4:00/km migało na cyferblacie. Ten stan utrzymuje się do dziś. Z ruchu biegowego zupełnie wyłączyłem nogę, która stała się już tylko bierną podporą. Łydki mam miękkie jak na roztrenowaniu, a podczas biegu (nareszcie) męczy mi się.. dupa. Odkryłem w sobie na nowo znaczenie popularnego wśród biegaczy „Ogień z dupy” i uwierzcie mi lub nie – jest go tam naprawdę sporo:)

Wbiegając na metę sierpniowego maratonu przekroczyłem próg przygotowań do następnego sprawdzianu na ulubionym dystansie – w najlepiej zroganizowanym maratonie w Polsce – wiadomo że chodzi o POZnań 🙂 Tym razem postanowiłem w planie treningowym zerwać z tradycją biegania cotygodniowych BNP (biegów z narastającą prędkością) i co drugą niedzielę chcę realizować trening TLT (treshold long treshold) – czyli długie wybieganie oplecione kilkoma kilometrami tempa progowego (tempo gdzieś pomiędzy półmaratonem a 10km). W niedzielę 1 września podjąłem jeden z takich treningów TLT, z częcią Long w formie biegu grupowego. Cieszę się, że udało się skrzyknąć kilka osób w niedzielę na 7:00. Żywię też cichą nadzieję że z tego małego ziarenka kiedyś coś wykiełkuje – może regularny kilkunastoosobowy pociąg w tempie ~4:00 i szybciej?

Wracając do planu treningowego, jego podstawę będą stanowiły czwartkowe.. zbiegi. Nie żadne siłowe podbiegi, skipy, longi czy interwały, a zbiegi właśnie – i towarzyszące im ogromne (ale jeszcze kontrolowane) przeciążenia mają stymulować sieć powięziową do rozbudowy i wzmocnienia. Wszystkie pozostałe treningi – w tym niedzielne przełączeniem między BNP a TLT, będą bazować na coraz mocniejszej powięzi zdolnej znosić większe i większe przeciążenia.

Podsumowując ten nijaki wpis w 3 punktach:

  • Biegam mniej, lżej i szybciej
  • Startuję w Poznaniu 20 października
  • Jeśli znajdą się chętni na niedzielne BNP/Long (20-24km) tempo 5:00-4:00 (do ustalenia) 15 września 7:00 molo Brzeźno – dajcie znać, ustawię wydarzenie na fejsie