Czy jesteś w stanie przyspieszyć?

Jednym ze stałych punktów moich przygotowań maratońskich są biegi na dystansie 30 kilometrów. Założeniem jest pokonanie ich z wciąż narastającą i wcale nie łatwą do utrzymania prędkością . Wcześniej kilkanaście tygodni przygotowuję się do tak długiego treningu biegając krótsze dystanse (20-24km) w podobnych tempach oraz w konwencji narastającej prędkości. Dzięki kilkuletniemu doświadczeniu wiem, że taką trzydziestkę mogę wykonać najpóźniej 2 tygodnie przed docelowym maratonem – nigdy nie próbowałem przekroczyć tego czasu.

Trzydziestka to dla mnie papierek lakmusowy form – zarówno tej sportowej jak i tej mentalnej. Przyspieszyć po 10km w okolicach tempa WB2 nie jest łatwo. Jeszcze przyspieszyć po kolejnej dyszce jest jeszcze trudniej. Zdjąć kolejne kilka sekund/km z ostatniej dyszki to jest już spore wyzwanie, nie wspominając o wisience na szczycie tortu – czyli ostatnim, finiszowym kilometrze który powinien jeszcze najszybszy. Trzydziestka mówi biegaczowi: „sprawdzam” po wielokroć – i nie przyjmuje odpowiedzi na gębę. Pod uwagę bierze tylko ruch i tempo biegu.

Bałem się tej trzydziestki przez kilka poprzedzających ją dni.

W tym roku wchodzenie w przygotowania maratońskie wyglądało u mnie inaczej niż w poprzednich latach. Zmiana ruchu pociągnęłą za sobą szereg zmian w planie treningowym. Nie oram już kilometrów na akord po 130-160km tygodniowo. Inaczej wyglądają też biegi ciągłe, które początkowo wychodzą kiepskawo i nie jestem w stanie utrzymać przyjętego tempa. Dopiero po kilku tygodniach światełko zmienia kolor na zielony a biegi ciągłe zaczynają wchodzić luźno i coraz szybciej. Wszystkie te trudności zasiewają w głowie ziarenko niepewności. Takie ziarenko najszybciej kiełkuje na chwilę przed docelowym startem. Bałem się więc tej trzydziestki niemożebnie – cóż miałbym pomyśleć, gdyby nie wyszła, gdybym nie przyspieszył, lub wręcz zwolnił w końcówce? Jak w takiej sytuacji zaplanować tempo w maratonie?

Wyposażony w 3 żele DrWitt z Lidla (4zł/sztuka, polecam), startówki adizero sub2, singlet i ciężki bagaż wątpliwości na plecach – ruszyłem.

Przez pierwsze kilometry szybko zrzuciłem bagaż z wątpliwościami. Tempo 4:00/km odczułem jak rozbieganie – nogi same latały pode mną luźno jak w marionetce. W głowie zaczęły świtać myśli o przyspieszeniu, ale na tym etapie nie ma miejsca na brawurę – i jest to pierwszy, choć mało wyraźny test przygotowania mentalnego. Ma być spokojnie, z uśmiechem na ustach i zapasem tempa. Dokładnie tak było – 10km w 39:48 (3:59 min/km)

Wreszcie można przyspieszyć – delikatnie, prawie niezauważalnie dla organizmu i ruchu – obrane tempo trzeba przecież utrzymać przez kolejną dychę! „Byle dotrwać do 15 kilometra, potem będzie już z górki” – mówiłem sam do siebie. Przypomniałem sobie też o oddechu – już kilka razy złapałem się na tym, że zapominam porządnie oddychać (#KiedyKenijskiLuzWejdzieZaMocno) i budziłem sie w trudnym momencie biegu zaskoczony brakiem tchu. Druga dycha – 38:57 (3:54 min/km)

Na trzeciej dyszce przypomniałem sobie o włączeniu łokci do pracy – symboliczne cyknięcie do tyłu podczas odbijania w górę – tym sposobem wchodzę na tempo 3:52. Odliczałem tylko do finiszowego kilometra, który wreszcie nadszedł, w całej swej rozciągłości.

Nie będę ukrywał że taki zryw na koniec jest łatwy. Jest cholernie trudno. Aby się nie poddać, zadawałem sobie pewien mindfuck

„Przebiegłeś 29km żeby sprawdzić się podczas tego ostatniego kilometra a taka okazja nie powtórzy się zbyt szybko. To tak zamierzasz walczyć o życiówkę lub miejsce na mecie?”

To zawsze działa. Ostatnie tysiąc metrów to 3:35, ostatnia dycha -38:25.

Średnie tempo z całej trzydziestki to 3:54. Nie jest to ani najszybsza trzydziestka w życiu, ani nawet druga czy trzecia – ale nie taki był jej cel. Celem była symulacja zmęczenia w trzeciej dyszce maratonu, zachowanie dobrego ruchu i poznanie odpowiedzi na pytanie: Czy jesteś w stanie przyspieszyć? Jestem! Do zobaczenia 15 sierpnia na starcie XXV Maratonu Solidarności