Od początku

Odważyłem się wyjść pobiegać – w poniedziałek w ubiegłym tygodniu. Ok 22:00 skończyłem pakować auto na majówkę, byłem trochę rozgrzany, spocony i brudny – wszak wytarganie bagażnika dachowego i rowerowego z piwnicy w pojedynkę wymaga odrobiny wysiłku. Na twarzy poczułem ciepły, wiosenny wiatr, spojrzałem w rozgwieżdżone niebo, i pomyślałem:

Lecę

Może to się wydawać dziwne, ale te pierwsze biegi po kontuzji nie ociekają endrofinami. Wręcz przeciwnie – umysł w 99% jest zajęty skanowaniem w poszukiwaniu niepokojących sygnałów z ciała. Na nasączenie endorfinami zostaje 1% – to i tak dużo w porównaniu do 4 tygodni na odwyku. I podobnie jak po krótkim odwyku nawet mikroskopijna dawka narkotyku rozpala stare nałogi, tak nie mogłem zasnąć jeszcze długo tego wieczora – a przeczłapałem ledwie 2 kilometry.

Tylko 2 kilometry wystarczyły abym dał sobie spokój na następne 4 dni. Podudzie mocno sie spięło i trochę pobolewało. Ponowną próbę podjąłem dopiero w sobotę – zaatakowałem dystans 5km, z zatrzymywaniem się co 500 metrów i rozciąganiem. Chciałem „upolować” moment w którym łydka zaczyna się spinać. Tego nie udało się zrobić, ale wróciłem z treningu w znacznie lepszym stanie niż z inauguracyjnej „dwójki”.

W niedzielę zapragnąłem już delikatnej dyszki. Zanurzyłem sie w głąb włocławskich lasów, rozpocząłem tempem 6:00 – 5:30 i włączyłem skanowanie sygnałów nogi. Gdzieś po 7 kilometrach w podudziu wyczułem sztywnienie – więc regularnie zatrzymywałem się na sesję rozluźnienia. Trening dokończyłem bez bólu, zatrzymyjąc się co 1.5-2 kilometry. Pomimo dużej swobody ruchowej, tętno szalało na progu trzeciego zakresu. Nie opieram decyzji treningowych o tętno, ale chciałbym, by nie umknął pewien fakt – niedzielne 12km w 4:48 pokonałem z takim samym tętnem jak marcowe 27km w 3:57.

W poniedziałek znów zrobiłem przerwę bezpieczeństwa. Wyszedłem we wtorek na 6.5km – nawet się nie spociłem, nie musiałem też zatrzymywać sie na rozluźnienie podudzia. W środę znów przerwa, a dziś – spokojne 10km – bez pośpiechu i spinki, bez spocenia weszło po 4:30.

Myślę że powoli wracam na treningowe tory. Przez 4 tygodnie przerwy straciłem całą wypracowaną wiosną formę – pozostał ruch, do którego nie muszę się od nowa przyzwyczajać, pozostał też półtorametrowy krok. Uśmiechąłem się dziś sam do siebie, z radością „rzucając” ciałem o ziemię i wyczuwaniem jak „samo” się odbija. Dziś tylko kilkanaście kroków takiej zabawy – o poważniejszych treningach pomyślę nie wcześniej niż za 2 tygodnie.