Droga jest celem

Można sobie wyobrażać różne rodzaje pecha. Można wielokrotnie wdepnąć w psią kupę. Może Cię obsrać ptak, albo ogłoszą zamknięcie kasy w biedrze, gdy już wyładowałeś wózek pełen zakupów na taśmę. Może też się zdarzyć, że to nad czym pracujesz przez kilka miesięcy od nowa po kilku nieudanych próbach – znów się nie udaje – mimo przedsięwziętych środków ostrożności i rozwagi. I choć wszystkie powyższe są z pewnością niemiłym  i nieobcym mi doświadczeniem, to ostatnie – jest przykre w sposób szczególny.

Tak więc w wielkim skrócie – rozwaliłem się na 2 tygodnie przed maratonem.

Nie pierwszy raz przecież- która to już kontuzja? Nie chcę nawet liczyć. Ale Ci z Was, którzy śledzą mnie na Endo, Stravie czy GC, wiedzą, że tym razem biegałem o wiele mniej i często robiłem dzień przerwy, unikając nakładania się zmęczenia, co jest tak popularne w wielu planach treningowych. Stawiałem na poprawę ruchu która miała być efektem sprawnego i dobrze zregenerowanego ciała, i to zadziałało. Prędkości 3:45- 3:30 osiągałem już ze spokojem ruchowym i oddechowym, długim na ponad 160cm krokiem i spokojną kadencją. Pełnym potwierdzeniem dobrego przygotowania była trzydziestka w ubiegłą niedzielę, którą pokonałem narastająco – 4:00->3:40 przy wietrznej aurze, ze średnią 3:53 i tętnem drugiego zakresu. Żadnej rzeźby, spinania czy zaciskania zębów – petarda!

Ten ostatni tydzień, to także czas, w którym czucie sprężynowania, bezwładności, niemetabolicznej pracy i wszystkie te elementy na które pracowałem od sierpnia ubiegłego roku, poczułem wyjątkowo dobrze. Czułem w jaki sposób ułożyć ciało aby lepiej odbiło się z każdym krokiem, jak ogromy potencjał drzemie tylko w sile grawitacji. Czułem że umiem użyć coraz więcej tego potencjału. Nogi latały pode mną jak w marionetce.

Niestety w poniedziałek rano poczułem delikatny ból w prawym podudziu. Odpocząłem 2 dni i w czwartek znów wyszedłem pobiegać. Fruwałem – i nic nie bolało, ale od tego czasu nie jestem już w stanie normalnie chodzić. Kontuzja jest podobna do tej z czerwca ubiegłego roku, tyle że w drugiej nodze i w łagodniejszej postaci. Nie ma podstaw, by robić sobie jakiekolwiek nadzieje na wyleczenie w tak krótkim czasie. Kolejny więc raz nie obronię własnego podwórka.

Tytuł tego posta nawiązuje to myśli powtarzanej często przez Tomka Kaszkura na jego blogu. Bardzo mi żal startu, ale to nie wyniki, a wykonana praca czynią nas tymi, kimi jesteśmy. Tym z Was, którzy będą mieli szansę „spieniężyć” efekty pracy pojawieniem się na linii startu – serdecznie gratuluję i trzymam kciuki!

Post navigation