Zmiany

Bieżący tydzień to jakieś apogeum indolencji w porannym wstawaniu. Nie jestem w stanie policzyć, ile razy przestawiałem budzik. Stało się to czynnością tak naturalną, że wykonuję ją bezwiednie.. w końcu zaspałem na trening:)

Szybko wdrożyłem akcję naprawczą i wróciłem do starego sposobu – dezaktywacja budzika wymaga ode mnie zeskanowania telefonem kodu kreskowego z szafki łazience. Zwiększa to znacznie szanse, że zanim tam dojdę, przypomnę sobie po co właściwie wstałem. Jeśli jesteście ciekawi, lub macie podobny problem – aplikacja AmDroid oferuje wiele różnych sposobów na takie skomplikowanie wciśnięcia drzemki czy dezaktwyację alarmu, że budzenie staje się po prostu skuteczne. Niestety nie znam sposobu na uczynienie takiej pobudki przyjemną – zna go tylko Tomek z RunAroundTheLake, którego ciało astralne zawsze wraca o odpowiedniej porze do ziemskiego.

Przemyślenia o treningu wzbudziły we mnie ostatnio wątpliwości. Dziesięć dwusetek potrafi załatwić mnie na 2 dni. Z kolei biegi ciągłe nie są męczarnią ruchową tylko psychiczną i przystępuję do nich przemęczony. Dobrą dyspozycję mam w dniach, kiedy nie potrzebuję jej tak bardzo – luźne rozbiegania i przebieżki. A gdy chciałbym przyładować z kopyta – brak gotowości bojowej, iskry i mocy. Wniosek jest prosty – w planie treningowym muszę wprowadzić zmiany.

Capture

Dwusetki z soboty przesuwam na piątek, a środowy bieg ciągły na czwartek. Takie rozłożenie zapewni mi zawsze 2 dni odpoczynku przed biegami ciągłymi. Punktem ciężkości tego rozkładu będzie Piątek, gdzie dwusetki będę miał do wykonania dzień po biegu Ciągłym. Myślę że wyjdzie to łatwiej, niż w odwrotnej kolejności. Taki układ daje mi też 3 dni w tygodniu na łagodne rozbiegania lub zupełny odpoczynek.

Dziś wstałem o 3:30 bez problemu. Podreptałem grzecznie do łazienki i zeskanowałem barkod. Przypomniałem sobie, po co w ogóle nastawiłem budzik i jaki cel (minimum <150 min w maratonie) za tym stoi. Wreszcie ubrałem się i wyszedłem na trening.

Odbijałem się od podłoża aż miło! Dobre sprężynowanie to częsta nagroda po dniu odpoczynku. Z radością hasałem wzdłuż zupełnie pustych arterii Gdańska. Zanotowałem też bardzo cichy krok, bez charakterystycznego dźwięku szurnięcia w momencie lądowania – co oznacza mniej strat z każdym susem. Serię dwusetek na koniec podjąłem na początek ostrożnie i pod wiatr, by po 3 serii cieszyć się charakterystycznym szarpnięciem miednicy w przód, sadzić 180 centymetrowe kroki, w tempie 3:20 i kadencją ledwie 167. Przez kilka serii wyprzedzałem wciąż tego samego rowerzytę, który uciekał mi podczas przerw odpoczynkowych:) Do domu wróciłem zmęczony ale pełen nadziei – w niedzielę BNP, i wreszcie zdążę przed nim odpocząć:)