Adaptacja

Ileż to już czasu nie biegałem według konkretnego planu treningowego! Powiedziałbym, że co najmniej rok, ale to nie do końca prawda. Od czasu złamania trójki w maratonie, plan miałem już tylko w głowie..

Przecież co w tym trudnego? 2 x w tygodniu akcent, przed akcentem siła biegowa, poza tym rozbiegania. Nic skomplikowanego – rzeczywiście nic, ale żaden plan budowy dyspozycji nie trwa tydzień. To proces kilkunastotygodniowy, gdzie warto zadbać nie tylko o podnoszenie jakości bodźców i objętości, ale też cykliczne tygodnie ze zmniejszonym obciążeniem. Takiego podejścia dotychczas u mnie brakowało – dokrecałem śrubę tak długo, jak organizm to znosił. Efekty bywały różne (2:37 w maratonie) ale gdy zamarzyłem o zmianie ruchu, takie masochistyczne podejście zaowocowało pasmem kontuzji.

Pierwszy tydzień planu zrealizowałem prawie w 100%. Poniedziałek – rozbieganie 10km, wtorek – rozgrzewka i 20×200 metrów przebieżek i pełna kontrola ruchu, bez skupiania się na tempie. Wyszło tego 13.5km w średnim tempie 4:22. Środa – bieg ciągły 16km – planowane tempo 3:50, nabiegane 3:49, ale nie byłem zadowolony. Drugą połowę biegu walczyłem ze zmęczeniem i pobiegłem ją kilka sekund wolniej (3:50) niż pierwszą (3:46). W czwartek zamiast rozbiegania zrobiłem wolne, co pozwoliło odzyskać siły na piątek – kiedy to fruwałem 10km, ale zacząłem odczuwać przeziębienie. Poniosło mnie też na przebieżkach w sobotę i zamiast 10, zrobiłem 16x200m. W niedzielę miałem powtórkę ze środy i nie podjąłem założonego tempa. Wpadło 20km z rozczarowującym tempem 3:57.


E. Zadbała o niedzielną regenerację – warzywa, avocado, ryby, pankejki – no i oczywiście – moje ulubione masło:)

Oprócz tego wciąż udaje mi się wieczorem rozwinąć matę i pomęczyć serię jogowych asan. Czuję coraz lepsze efekty tej pracy i duży wpływ na jakość kroku biegowego.