SRT – przemiana

Kiedy w ubiegłym roku zacisnąlem zęby i zacząłem zmieniac technikę biegu, nie miałem pojęcia dokąd zaprowadzi mnie ta zmiana. W najgorszych scenariuszach nie przewidziałem takiej serii kontuzji i klęsk w jakie obfitował bieżący rok. Nie poddawałem się i wielokrotnie udawało się podnosić i szybko wracać do reżimu treningowego i dużych obciążeń.

W końcu przyszedł czerwiec na którym załatwiłem się dwoma biegami – 10km i następnego dnia półmaraton. Nabiegałem kiepskie czasy, ale na miejsca nie mogłem narzekać. Tylko że nie byłem w stanie chodzić przez kilka dni.

Płakałem jak bóbr. Nie mogłem znieść myśli o straconych zawodach i całym sezonie. Nie było jednak wyjścia. Każde minimalne obciążenie chorej nogi bolało jak cholera.

Sześciotygodniowa przerwa pozostawiła z wypracowanej wydolności smutny ochłap. Miałem też czas na przemyślenie działań po powrocie. Robiłem też wszystko, by podczas tej przerwy nie przybrać na wadze. To jedyne, co mi się udało – zrzuciłem 3kg. Za namową E. zdecydowałem się skontaktować z Yacoolem i pojechać na warsztaty w sierpniu. Po nich z mojego biegania nie zostało już nic – musiałem się go nauczyć zupełnie od nowa.

Biegi w tempie 7:00 min/km czy nawet wolniej – od tego zaczynałem. Dystanse? Ledwie kilka kilometrów – i uwierzcie – potrafiłem się tym zmęczyć.

Dziś – niespełna 4 miesiące później mój trening zaczyna nabierać rumieńców. Znów ze swobodą biegam poniżej 4:00. Jednak jest to zupełnie inny rodzaj swobody, gdyż zmienił się cały ruch. Spokojnie i niespiesznie sadzę coraz dłuższe i szybsze susy – a do końca przemiany jeszcze daleka droga.

Wszystko to powoduje że znów z uśmiechem spoglądam w kierunku maratonu w 2:30. Średnie tempo 3:33 zaczyna wyglądać coraz bardziej „możliwie”. Zamierzam dojść do niego przede doskonaleniem ruchu, bez katorżniczej pracy objętościowej.

Post navigation