Hodowanie sprężyny

Eksperymentów ze sprężynowaniem ciąg dalszy. Tych z Was, którzy liczą na nagłą eksplozję formy, muszę z góry rozczarować – nie będzie jej. Zamiast tego – powolne człapanie i niewielkie dystanse, nuda. Najpierw muszę przygotować i przebudować swoje ciało, nauczyć się panować nad ruchem a na sam koniec wejść na większe prędkości. Wtedy będzie petarda – czyli przy dobrych wiatrach za kilka miesięcy:)

Taki trening zasadniczo różni się od podejścia które stosowałem do tej pory, a które polegało w zasadzie na ciągłym dłubaniu w wytrzymałości i wydolności – czyli treningi długie, dużo, czasem na zmęczeniu. Obecnie wstaję rano, skaczę chwilę w łazience – i zdarza się że wracam pod kołdrę. Nie czuję sprężynowania, sztywne czy bolące mięśnie – odpoczywam. Przyrównałbym to bardziej do hodowania powięzi, niż treningu:)

Sam rytuał rozpoczęcia biegu również zmieniłem. Niegdyś po prostu biegłem zaraz po wyjściu z klatki (i złapaniu sygnału GPS) Teraz uskuteczniam mobilizację tułowia, wymachy, podskoki – przygotowuję ciało do sprężynowania.

Centymetr po centymetrze wydłuża się krok. Milimetr po milimetrze rosną oscylacje pionowe. Przy absurdalnej kadencji rzędu 140-145 kr/min – czuję że „mam czas” w każdym kroku. Na koniec treningu przyspieszam, by sprawdzić, przy jakim tempie tracę kontrolę nad ruchem – i tu również widzę poprawę – przy tempach 4:00 zachowuję jeszcze rozluźnienie i pełną swobodę oddechową. Tylko serducho komentuje te efekty nieludzkim jak na mnie tętnem – ale to kwestia czasu:)