SRT – impuls

Frunę w powietrzu bezwładny i rozluźniony. Ręce i nogi lecą gdzie chcą – teraz jest ich czas na odpoczynek. Impuls, który wyrzucił mnie w powietrze dotarł do wszystkich kończyn, nawet do głowy i oczu. Z rozkoszy rozluźniam – puszczam nawet powieki. Chwilę później ląduję na ziemi miękką nogą. Miednica leci do przodu, naciąga się najsilniejszy mięsień w ciele. Jeszcze chwila i.. Bum! Kolejny impuls odrywa mnie od ziemi.

Energia którą może wygenerować takie sprężynowanie jest ogromna i czuję że powoli rośnie z każdym dniem. Nie potrafię nad nią panować. Czasem wyrzuci mnie bardziej w górę, za chwilę pchnie mocniej do przodu, niekiedy też bujnie na boki. Wszystkie treningi poświęcam teraz na naukę pełnej kontroli nad sprężynowaniem, a maksymalne pokonywane dystanse zredukowałem do zaledwie 10km.

Takie bieganie stoi w sprzeczności ze znanymi prawdami objawionymi:

  • Chcesz przyspieszyć – pracuj zamaszyście rękoma
  • Najlepsza kadencja to 180 kroków/minutę
  • Podeszwa w butach biegowych powinna amortyzować lądowanie

Z którymi jeszcze nie chcę się jeszcze frontalnie rozprawiać – wolę zachęcić Was do poszukiwań, pytań, zamiast grzmieć niczym kaznodzieja z ambony czy neofita. Niech milczącą manifestacją tej sprzeczności będzie obecna sytuacja na rozbieganiach:

  • kadencja 143-146kr/min (przy tempie 4:00/km wszedłem ledwo na 150kr/min)
  • sprężynowanie z każdym krokiem na 15 do nawet 18cm
  • lądowanie na dużym palcu stopy

Odmienne są także odczucia po zakończeniu treningu – czuję jakbym właśnie zdjął skarpety kompresyjne noszone przez kilka godzin. Mięśnie nie są poskracane i usztywnione, a jakby ściśnięte lecz miękkie. Rolowanie ich po treningu jest nie lada przyjemnością.