SRT – punkt zwrotny

Zabieg tak pospolity że aż wyczekiwany, szczególnie w amerykańskim kinie akcji, horrorach, thrillerach. Akcja najpierw toczy się nie po myśli widza, niekorzystnie dla głównego bohatera, by w pewnym momencie nastąpił jej zwrot na właściwy bieg wydarzeń. Zależnie od zamysłu reżysera, taki zwrot występuje kilka razy, po czym po ostatnim historia kończy się szczęśliwie.

Osobiście wolę zwroty akcji w stylu Tarrantino – wiodące w niespodziewanym i nieznanym kierunku. Widz nigdy nie wie, jak skończy się scena i jedyne, czego można być pewnym to brak szczęśliwego zakończenia. Katharsis trzeba już sobie przepracować indywidualnie – nie ma go w gratisie jak w kinie amerykańskim.

Powrót do biegania po roztrenowaniu czy przerwie wymuszonej kontuzją to wypatrywanie takich amerykańskich zwrotów akcji. Biegów na których organizm załapie treningowy kierat, posłusznie obniży tętno i subiektywne odczucie zmęczenia. Kiedy można wreszcie zobaczyć światełko w tunelu.

Chciałbym mieć pewność, że nastąpił u mnie szlagierowy amerykański zwrot. Że od tej pory treningi pójdą już gładko. Ale mam też obawy, czy to nie zwrot akcji w iście Tarrantinowskim stylu.

W wielkim skrócie – mam wrażenie, że ostatnie pół roku nie nauczyłem się sprężynować, a jedynie zmieniłem technikę lądowania z pięty na palce. Tymczasem to nie od lądowania krok biegowy zależy, a od tego czy od podłoża się odepchniesz, czy odbijesz jak piłka. I to na tym odbijaniu skupiam się teraz najbardziej. Jakie będą efekty?