VI Półmaraton Stolema – Relacja

Szesnasty kilometr trasy. Szeroką, leśną drogę, którą podążam, słońce zamieniło w grill. Nawierzchnia jest sypka, momentami spiaszczona, zdarzają się też ostre kamienie. Na mecie dowiem się, że temperatura wynosi 30 stopni – w cieniu. Bardziej niż spiekota i zmęczenie doskwiera mi przymus wizyty w toalecie, którego nie da się przełożyć na później. Oglądam się za siebie – cisza. Zbiegam z trasy w bok. Jestem trzeci. Jeszcze.

30 minut przed startem parkujemy samochód we Wdzydzach. Jest gorąco, duszno. Przez biuro zawodów przewija się sporo ludzi a rejestracja na ostatnią chwilę zabiera ostatnie minuty rozgrzewki. Staję na starcie i.. orientuję się, że tylko ja nie mam chipa przymocowanego do buta (!) Nie wydano mi go w Biurze Zawodów, ale nie ma to teraz znaczenia, jest za późno. Co będzie – to będzie.

Tuż przed startem. Właśnie się spostrzegłem, że nie mam chipa

Stawka biegu formuje się po kilkuset metrach. Ląduję na trzeciej pozycji. Zawodnicy przede mną są wyraźnie mocniejsi, tych za sobą trzymam w bezpiecznej odległości. Krok za krokiem, kilometr za kilometrem, odległości między nami rosną. Na 8 kilometrze nie widzę nikogo, biegnę sam. Względny komfort pozwala mi utrzymać tempo w okolicach 3:50. Oszczędzam siły na podbiegach, puszczam nogi na zbiegach – wiem już z doświadczenia, że tylko to wystarczy by powiększać przewagę nad rywalami zza pleców.

Fragment trasy – archiwum własne

Trasa wyścigu przecina las moich dziecięcych wakacji, teraz jednak o tym nie myślę. Denerwuje mnie, że bieg tak mnie męczy, gdzie jesteś, sprężysty kroku, formo? Tempo powinno być w miarę komfortowe, ale ja czuję się jak ścigane zwierzę. Nie chce mi się walczyć – nie ma szans ani na poprawę miejsca, ani na rekord życiowy. Przy życiu podtrzymują mnie patrole Straży Pożarnej rozmieszczone co 2-3km. Panowie podają wodę i uruchamiają kurytny wodne. Orzeźwienie jest co prawda chwilowe, ale odciąga uwagę od zmęczenia.

Skręcam w ostatnią długą prostą – 3.5 km lasem. Długie proste, które są zmorą wielu biegaczy mam zazwyczaj w nosie. Nie inaczej jest tym razem. Trasa pofałdowana – w to mi graj – myślę. Nawet skwar zmieniający kolor mięśni w kurczaka z rożna – nie jest czymś, z czym bym już się nie zmierzył. Przyzwyczajam się już do myśli o 3 miejscu.. gdy niespodziewanie dopada mnie.. kupa.

Na drogę wracam 37 sekund później – wciąż pusto. Wreszcie docieram do ostatniego zakrętu w lesie – wiem, że zostały już ledwie 3 kilometry. Zmiana kierunku to zawsze dobry moment na ocenę sytuacji – pomiędzy drzewami dostrzegam jakąś jaskrawą koszulkę. Chciałbym lekko przyspieszyć i schować się za którymś zakrętem, ale w lewej goleni czuję niepokojące kłucie, które nieubłaganie nasila się z każdym metrem aż do mety. Ostatnie 100 metrów zaciskam zęby, żeby nie maszerować.

Smutny finisz. Fot: Organizator

Kończę na 2 miesjcu open – dla mnie to ogromne zaskoczenie – lider pomylił trasę na pewnym etapie. Natychmiast wyjaśniam kwestię braku chipa, na szczęście nie ma z tym problemu. Poważnie utykając, docieram do E. i Gniewka. Wreszcie mogę odpocząć.

Największe zaskoczenie zostaje na koniec. Nie ukrywam, że pojechałem na ten bieg „zarobić”. Znałem listę startową, przeczytałem regulamin i informacje o nagrodach finansowych – i liczyłem, że odzyskam chociaż wpisowe, a może zostanie coś ekstra. Tymczasem razem z pucharem wręczano AGD – mnie przypadł w udziale ..odkurzacz.

Goleń boli do końca dnia i całą noc. Nie jestem w stanie sie ruszyć z łóżka. Śmieję się do E. że

sprzedałem dobrą nogę za kiepski odkurzacz

Półmaraton Stolema, który został zorganizowany w ramach Festiwalu Biegów Polski Północnej oceniam średnio. Oznaczenie trasy stwarzało ryzyko pomyłek i sam niejednokrotnie musiałem się zastanowić, który kierunek obrać. Znaczniki kilometrów przesunięte nawet o 200-300metrów. Start i meta znajdowały się pomiędzy namiotem dla kibiców a sceną – co wywoływało naturalny ruch w poprzek trasy w momencie finiszowania wielu zawodników. Konferansjer nawoływał ze sceny do zaprzestania takich manewrów, lecz uważam, że przemyślane zaplanowanie atrakcji wyeliminowałoby problem w zarodku. Pozostaje jeszcze kwestia tras – być może tytuł Hard Runnera jest atrakcyjny, ale jego uzyskanie na bardzo podobnych trasach mogłoby być już trochę..nudne…Kwiestię nagrody wyjaśniam z organizatorem. Na razie brak odpowiedzi…


Poza tym wszystkim dostrzegam też pozytywy – takie jak oznaczenie dojazdu na miejsce – nie sposób było nie trafić! Doceniam też szeroki wybór dystansów (15, 10, 5, 21, i 1.6km) jak i fakt, że bieg odbył się bez blokowania ruchu samochodowego w okolicy. Atmosfera na miejscu – rozluźniona i przyjemna. Nie zapomniano też o natryskach, które po wysiłku w takich warunkach doprowadzały upodlone zwłoki do całkiem ludzkiego wyglądu. Wszystko to sprawia, że o przyszłorocznych edycjach myślę z ciepłą nadzieją.

  • Robert

    Myślę, że największym wyczynem tego dnia było wysranie się w 37 sekund. Dla mnie to wynik nieosiągalny 😉
    A tak na poważnie to gratuluję i zastanawiam się czemu często wybierasz starty w tak „egzotycznych” biegach.

    • Czas wysrania jest funkcją czasu oczekiwania i przygotowania akcesoriów. Z decyzją zwlekałem dość długo, a zestaw czyszczący – czyli gratisowa bufka z wcześniejszych zawodów – była już na nadgarstku.

      Wdzydze uwielbiam i spędziłem tam kawał wakcji w dzieciństwie. Poza tym wolę mniej oblegane biegi – atmosfera prawie zawsze jest lepsza, mniejszy tłok. A biec i tak trzeba:)

  • Tomek

    Ciekawe co byś powiedział o biegu na 10 km, gdzie na ostatnim kilometrze wychodzisz na prowadzenie, bo lider skręcił do toitoi’a 😀 … albo jeszcze inna sytuacja, bieg na 5 km, około 400 metrów do mety i awansuję z 4 na 2 miejsce, między biegaczami spore odstępy, po prostu dwa nagłe kryzysy… mimo różnych trudności, trzeba biec do końca, bo nigdy nic nie wiadomo 🙂

    • Biegaczowi, który dobiegłby pierwszy – Łukaszowi Kujawskiemu pogratulowałem i powiedziałem, że czuję jakbym dobieg na 3 miejscu. To nie moja zasługa, że byłem drugi, lecz jego a właściwie organizatora błąd