SRT – trzy razy trzy

Bieganie może być jakąś formą pracy nad sobą której efekty mogą zależeć od poziomu cierpienia. Nie chcąc się zagłębiać zbytnio w filozoficzną warstwę tej tezy (którą pozostawiam do dyskusji w komentarzach) wolałbym przejść do rozważań warstwy fizycznej i umysłowej, na przykładzie mojego niedzielnego treningu.

Na samą myśl serce przyspiesza, a żołądek zaczyna kurczyć się w nieprzyjemny sposób. Oto creme de la creme treningów interwałowych, opróżniacz żołądka i jelit, zużywacz chusteczek, wyżymacz wiader potu – 3x3km, przerwa 1km. Kluczowe jest tu tempo – wyścigu na 10km. Przerwa absolutnie człapana, lub nawet na początkowych 100-200 metrach chodzona, a właściwie – wleczona

Jeśli wiesz, jak czuje się człowiek w temperaturze 40 stopni, to jesteś w stanie wyobrazić sobie jedną sekundę tego treningu.. Na jego początkowych metrach. Dodaj mięknące nogi, brak tchu i nuudę! Witam w moim świecie – zapraszam na trzy 11 minutowe odcinki cierpienia, które trwają wieczność. Każdym krokiem będziesz odpowiadał na pytanie czy nie skończyć szybciej, nie wrzucić na luz i „na ch..j mi to było?” Pot lejący się strumieniami po ciele będzie chlapał do oczu i szczypał, zaleje i zmatowi szkła okularów. Każdy pokonany metr podniesie uczucie chęci zwymiotowania. A gdy wreszcie odważysz się spojrzeć na wskazania Garmina, zobaczysz marne.. 350 metrów.. Przed Tobą więc jeszcze pozostałe 2650, a walkę będziesz prowadził do ostatniego centymetra. Nie będzie ulgi po pierwszej trójce, ani po drugiej. Dopiero po trzeciej będziesz mógł teatralnie osunąć się na ziemię i chwilę poleżeć, błogosławiąc stan bezruchu.

Namawiam Was do takich treningów. To nie na zawodach powinniście uczyć się znosić ciężki wysiłek, tempo, spiekotę i palące mięśnie, a na treningu właśnie. Gdy nie ma kogo gonić, gdy jest pod górkę i z górki. Gdy wieje w twarz i w plecy. Dopiero wtedy po wystrzale startera w zawodach na dychę i początkowych 2-3 kilometrach w tempie porzygu, pomyślicie: „Been there, done that” i będziecie w stanie kontrolować tempo, taktykę i zmęczenie przez cały bieg, a na koniec przyładować finiszowy kilometr.

  • Karol Marszycki

    Ostatnio zdałem sobie sprawę, że najtrudniejsze dla mojej psychiki, podczas wszelkiego rodzaju treningów interwałowych, jest ostatnie kilkadziesiąt sekund rozgrzewki. Gdy do mózgu dociera wiadomość o nieuchronnie zbliżającym się wysiłku, a tętno zaczyna wzrastać, mimo że jeszcze ani odrobinę nie przyspieszyłem. Taka chwila paniki, a potem już jakoś idzie 😉

    • Szkoda że u to nie działa w przypadku trójek. Te dłużą się niemiłosiernie. A wzrastające tętno.. wystarczy że pomyślę o jakichś zawodach – przyszłych lub przeszłych:)