SRT – luz

Po raz pięćsetny zaspałem na trening. Przekładałem budzik na wciąż później i później.. Aż zbudzili się wszyscy:) Na szczęście E. planowała wizytę w Gdańskiej Matarni i zaproponowała, bym podczas jej zakupów zrobił trening..

#dobrażona

No to poleciałem. Najpierw zbieg na złamanie karku – z Matarni wszędzie jest z górki:) Później pod górę, lasem dobiegłem do zbiornika wodnego przy stacji PKM Jasień – mekki biegaczy z Gdańskiej Moreny. Kilometrowa pętla nad wodą, płasko – czego chcieć więcej? Segmentu na stravie? – Również jest taki, a zupełnie przypadkiem zająłem na nim niedawno drugą pozycję;)

Jedno okrążenie przetruchtałem.. i byłem już mokrusieńki. 25 kresek na termometrze nie działało też motywująco do rywalizacji. Co innego głowa – od myślenia o szybkim biegu tętno wskoczyło w trzeci zakres, choć przecie tylko truchtałem. „Skoro głowa i serce już się ścigają, niech ciało do nich dołączy” i po zasygnalizowaniu początku segmentu na Garminie, wystrzeliłem przed siebie.

Podejrzanie łatwo mi się biegło, zbyt łatwo, jakby niesprawiedliwie. Z zachowaniem luzu i kontroli ruchu okrążyłem oczko w tempie 3:03/km – dla mnie bomba, szczególnie że nie przypłaciłem tego spiną, wytrzeszczem oczu, czy utratą kontroli nad ruchem dla zachowania tempa. Kiedyś pisałem, że w naturalnym bieganiu widzę szansę uzyskania dodatkowej przewagi szybkościowej. Mam poczucie, że dziś poczułem wartość tej przewagi – jest tak mocna, że aż niesprawiedliwa;)

Reszta tego treningu to już tylko dobieg do #dobrejżony. Razem przebyłem 17 km w 4:21