SRT – dzikie czterysetki

Zmniejszenie dystansów pokonywanych na treningach zaczyna przynosić efekty. Nogi są znacznie bardziej świeże, a następujące dzień po dniu treningi nie są dla nich katorgą, w trakcie której ledwie nadążają regeneracją – jeszcze do niedawna stanowiło to regułę.

Przekłada się to bezpośrednio na jakość kroku biegowego. Tempa w okolicach 4:00 osiągam podczas rozbiegań w zupełnym rozluźnieniu, korzystając wyłącznie ze sprężystości niezajechanych nóg. Miłe to uczucie – ale pracowałem na nie ciężko przez ponad pół roku. I choć często można usłyszeć rady aby rozbiegania podejmować wolno, że amatorzy biegają je za szybko, – podczas dni treningowych bez akcentów (te przypadają w środę i niedzielę), ja poszukuję przede wszystkim rozluźnienia. Bo można – niestety – biegać rozbiegania bardzo powoli będąc spiętym, można też biec rozluźnionym, a osiągane tempo jest pochodną swobody. Efekty takich rozbiegań leżą na przeciwległych biegunach.

Tytuł wpisu zawiera skrót SRT (czyli Szybki Raport Treningowy), zatem wrócę do wczorajszego treningu – akcentu, którym miały być czterysetki. 8 powtórzeń, tempo w okolicach 3:00 – ale przyjąłem założenie aby szybkość na tych odzinkach uzyskać luzem, sprężystym krokiem i wahadłem, nie spięciem na każdym kroku, czy miotaniem zablokowanymi ramionami przed sobą. Przerwa to też 400m, tym razem w truchcie – ba, prawie chodzie. Jej celem jest pełen wypoczynek do następnego powtórzenia.

Teoretycznie – najlepiej jest orać takie treningi na bieżni. Wymierzony dystans, równa nawierzchnia – tempo można cyzelować co do sekundy. W praktyce – zawody odbywają się na ulicy, na trasie występują zmiany nawierzchni, podbiegi, zbiegi, zakręty, wiatr… 400m to też dystans, na którym wpływ błędu pomiaru GPS nie będzie aż tak duży – sekunda w tę czy w tę – myślę że ma to mniejsze znaczenie niż subiektywnie odczuwany wysiłek i zaangażowanie przez całą czterysetkę – czy to na bieżni, czy na asfalcie. Efekt treningu zależy przecież od zaangażowania, a nie zmierzonego czasu.

Ustawiłem Garmina na autolap co 400m i ruszyłem. Pierwsze odcinki – jak zwykle najwolniejsze. Z każdym kolejnym rozkręcałem się, aż do piątego – który wypadł w większości pod górę. Zatrzymałem się na dłużej, by uspokoić rozpoczynającą się kolkę. Następne odcinki zaserwowały mi pełne spektrum utrudnień:

  • żwirowa nawierzchnia i wbijające sie w stopy ostre kamienie,
  • piach, piach i piach
  • Kocie łby
  • Wreszcie gładki asfalt (najszybsza – 71 sekund)
  • Wiatr prosto w gębę

Każdy z dziesięciu odcinków (2 dołożyłem sobie za karę – za postój) starałem sie pokonać szybko, ale nie kosztem spięcia. Chciałem panować nad ruchem. Ciało miało szybko i swobodnie sprężynować – i wydaje mi się że tak było. Z poczuciem dobrze wykonanego treningu doczłapałem pozostałe 6km do samochodu.