Szczenięca wycieczka

Biegniemy przez las. Ile sił w nogach, by jak najszybciej dotrzeć nad jezioro Strupino. Droga dłuży się niemiłosiernie, ale nie poddajemy się. Wraz z kuzynem dotrzemy nad jezioro biegiem.

Nie pamiętam, sprzed ilu lat pochodzi to wspomnienie. Pamiętam wycieczki po tym lesie, pytania o pochodzenie jezior, drażnienie mrówkolwa ( komukolwiek udało się go wywabić? ), poszukiwanie jagód, grzybów i wypatrywanie zwierzyny. Wydaje mi się, że miałem 5-6 lat. Mniej więcej w tym wieku jeździliśmy na wakacje do Gołunia, całą rodziną. Na powietrzu spędzaliśmy całe dnie, padając ze zmęczenia wieczorami. Tym sposobem przekazano mi miłość do lasu. Do Gołunia wracałem później wielokrotnie, jako harcerz, służbowo, rodzinnie.

Kilka dni temu poczułem zew, niepowstrzymaną chęć powrotu do tych najwcześniejszych wspomnień. Organizacyjnie trudniej jest dojechać tam po południu, dlatego wycieczkę postanowiłem odbyć przed pracą – wstałem o 3:10… Oszczędzę wam relacji z pobudki, przenieśmy się od razu do Olpucha, ponieważ to stamtąd postanowiłem ruszyć w trasę.

Wszystko było przygotowane, oprócz pogody, której na szczęście nie sprawdziłem. Rozpadało się na kilka minut przed startem. Niestety nie mogłem czekać nawet minuty, więc niewiele myśląc, ruszyłem. Zaplanowałem trasę: Olpuch > Gołuń > Wdzydze Kiszewskie > Juszki > Gołuń > Olpuch. Część asfaltem, część drogami leśnymi. Już po kilku krokach cisza stała się uderzająca. Frunąłem, nie biegłem. Ciało pozostało w samochodzie.

Rzeczywistość miesza się ze wspomnieniemi, które ożywają. Mijam Leśniczówkę gdzie gospodyni za wypielenie grządek zaprasza na obiad, którego smak do dziś powoduje wzmożoną pracę ślinianek. Później jadę rowerem z Mamą do Skansenu. Za chwilę harcerska gra orientacyjna, na której pierwszy raz w życiu dobrano mnie w zespole z harcerką, nie harcerzem:) (#wgłowiesieniemieści, #dziewczyna)

Drogowskaz w Juszkach

Dobiegam do miejscowości Juszki, którą pamiętam jako skansen w środku lasu, skręcam nad jezioro. Widzę siebie jako małego chłopca kucającego przy tajemniczych dołkach w piasku:

No wyjdzie ten mrówkolew, czy nie wyjdzie?

Gdyby nie temperatura, mżawka i czas, dałbym nura do jeziora. Niestety, muszę wracać – drogę wciąż znam na pamięć. Na jednym z zakrętów Dziadek szeptem tłumaczy mi, wskazując na sarnę (której nie zdążyłem spłoszyć:)) , jak zachowywać się w lesie, by takich spotkań doświadczać częściej…

Ostatni odcinek z Gołunia do Olpucha planowałem pokonać lasem, ale – uwaga – pomyliłem drogę i znów wybiegłem na asfaltówkę! Dopiero wtedy – po 20 kilometrach minęły mnie 3 samochody, wcześniej nie spotałem żywej duszy, ni zmotoryzowanej, ni pieszej.

Wycieczka kosztowała mnie dodatkowe 2 godziny snu, które odzyskałem marząc na jawie, w lesie:)