36 Bieg Kujawiaka – relacja

Liczyłem na odrobinę cienia i chłodu w lesie. Na odzyskanie sił, orzeźwienie. Nic z tego – było parno, duszno i bezwietrznie. Mijając 6 kilometr poczułem gotujące się z gorąca wnętrzności. Gdy zanotowałem międzyczas 3:48 myślałem, że jest po biegu.

Zapisałem się spontanicznie – ot, dawno nie biegłem żadnych zawodów. Liczyłem na przewietrzenie płuc w upalnej pogodzie. Na przetestowanie nowej techniki biegu w warunkach startowych. Natomiast zapisując się, nie oczekiwałem życiówki – zarówno brak atestu trasy jak i obecne bezformie pozostawiały myśli o rekordach w sferze marzeń.

Na Start, Metę jak i Biuro Zawodów wybrano Włocławski stadion „Przylesie”. Zgodnie z nazwą – znajduje się on w środku lasu, co czyni go doskonałym miejscem na rodzinne wydarzenia biegowe – a takim jest Big Kujawiaka – dystanse dla każdego – od najmłodszych, do najstarszych. Żadnego korkowania miasta, możliwość schowania się przed upałem pod drzewami dla kibicujących, mnogość tras leśnych do wyboru – czego chcieć więcej?

Godzinę przed startem solidnie popadało,a chwilę później zaczęło przypiekać słońce. Wysoka temparatura (24st C) i wilgotność, do tego leśna trasa – czy może być trudniej?

Wystartowaliśmy – 250 osób. Spodziewając się rezultatu, zająłem miejsce w pierwszej linii. Po chwili wyprzedziło mnie kilkadziesiąt osób – jakby meta miała znajdować się kilkaset metrów dalej. Nic z tego – już za drugim zakrętem nawierzchnia zmieniła się na piaszczystą, weryfikując zdolności techniczne biegaczy i przygotowanie koordynacyjne. Za trzecim zakrętem wyprzedziłem większość, wykrzykując „lewa wolna”. Do pokonania miałem 2 pętle o długości 5km.

Swoją pozycję ustaliłem na 4 kilometrze – wtedy wyprzedziłem ostatniego zawodnika. Dyszałem głośno, ale krok wciąż pozostawał sprężysty. Czułem kontrolę nad ciałem ale też brak możliwości na przyspieszenie. Starałem się to ukryć przed wbiegnięciem na stadion – wszak pierwszy raz, wraz z E. kibicował mi najmłodszy syn! Ze stadionu wytrzeliłem jak z procy!

I siły się skończyły. Nie miałem już ochoty na walkę – jedyne, co nie pozwalało mi zatrzymać się, to ambicja. Jeśli znacie uczucie pojawiające się tuż przed zwymiotowaniem, to tak dokładnie się czułem, mając w perspektywie napieranie przez następne 18 minut. Nie zawiódł mnie ruch, który pozostał sprężysty do końca. Nie czułem zmęczenia mięśni, a powolne przypiekanie wnętrzności.

Metę przekroczyłem piąty. Sponiewierany, ugotowany – szczęśliwy – przecież po to się zapisałem! Pocieszeniem okazało się zwycięstwo w kategorii wiekowej.


Jestem zadowolony z występu – płuca przewietrzone, technika mnie nie zawiodła. Średnie tempo 3:38 na 10km nie robi żadnego wrażenia (miewałem szybsze treningi, true story), szczególnie że na liście wyników nie są wypisane warunki ich uzyskania. Ale wszystko to sprawia, że o przyszłych rekordach myślę z większą nadzieją.

Zdjęcie tytułowe – Wojciech Alabrudziński gazeta pomorska.