Zrozumiałem

Bez owijania w bawełnę – nareszcie czuję, że załapałem naturalny krok biegowy o który walczę już ponad kwartał. Męki z pewnością nie zostały jeszcze zakończone, natomiast w tym tygodniu odczułem duży skok jakościowy w efektywności ruchu, i chcę się nim podzielić.

Ale..

Problem z bieganiem naturalnym polega na tym, że właściwie nie można nigdzie znaleźć jego definicji. Dość krzywdząca i niebezpieczna (niestety częsta) opinia sprowadza zagadnienie do obszaru pierwszego kontaktu stopy z podłożem. „Lądujesz na śródstopiu – dobrze!, na piętę – źle!”

Tymczasem zupełnie nie o to chodzi. Maleńkie mięśnie stopy nie napędzą kilkudziesięciokilogramowego cielska. Znacznie lepiej zrobią to biodra, które – jeśli nie cofnięte do tyłu – będą dzięki przyczepionym doń ogromnym i silnym mięśniom generowały sprężysty ruch przy każdym kroku. Kluczem w naturalnym bieganiu będzie taka synchronizacja pracy rąk i nóg, aby jak najwięcej z tej sprężystości przełożyć na ruch postępowy, a jak najmniej stracić ubijając grunt.

Czyli – wystrzelenie do przodu nie jest wynikiem uwolnienia energii zmagazynowanej w ścięgnie achillesa. Za słabe ścięgno. Za mały mięsień.

Czyli – ruch do przodu nie jest wynikiem zamaszystej pracy ramion przed tułowiem, ułatwiającym wyrzucenie nogi przed siebie, prawie wyprostowanej – i nawet nieważne czy piętą, czy śródstopiem do przodu. W takiej sytuacji lądowanie będzie hamowaniem.

W momencie rozpoczęcia lądowania prawie pod środkiem ciężkości, druga łydka powinna być już w fazie ruchu w górę (patrz tytułowe zdjęcie) Dzięki temu lądowanie zamienia się w odpychanie od podłoża – z ciężarem ciała zmniejszonym o pęd drugiej kończyny rozpędzanej do przodu i łydki pędzącej w górę. Wymaga to wychylenia ciała do przodu, pracy rąk zdecydowanie z tyłu, nie przed sobą, oraz lądowania prawie pod biodrami. Rozluźniona wreszcie stopa sama zechce lądować inaczej.

Moim błedem na początku było unikanie dotknięcia piętą podłoża w ogóle. Spięte mięśnie i ścięgna piszczeli w takiej sytuacji są brutalnie rozciągane przy każdym lądowaniu – tym gorzej, im

  • Bardziej machamy ramionami w przód
  • Mniejsze wychylenie
  • Bardziej cofnięte biodra
  • Bardziej stopa wyprostowana i wyrzucana w przód

Zamiast tego polecam

  • Spiąć poślady (wypchnąć biodro)
  • Wychylić się (ale nie garbić)
  • Lądować na nodze ugiętej w kolanie i pod sobą
  • Wtedy ręce same zaczną bardziej zamaszystą pracę z tyłu
  • Wówczas nogi same zaczną zamaszystą pracę z tyłu.

Praca nóg, którą opisuję to tzw. Tylne Wahadło. Jeśli już wreszcie zadziała, poczujecie luz, jakbyście zbiegali z górki. Siłowe podciąganie łydki jak w skipie C na każdym kroku nic Wam nie da (oprócz niepotrzebnej straty energii). Wysokość na jaką docierają łydki w tylnym wahadle musi być wyłącznie efektem rozluźnienia tej kończyny – i jest pochodną prędkości. Przy truchcie wahadła prawie nie ma, przy prędkościach ~ 20km/h prawie kopiemy się piętą w zadek:)

Na wszelki wypadek – nie jestem trenerem, ani nikogo nie przekonuję na siłę do zmian. Ten wpis jest wynikiem moich bolesnych doświadczeń – i może przyda się komuś, kto zechce podjąć to wyzwanie. Pamiętajcie też by zmianę techniki zaczynać od bardzo krótkich odcinków i wprowadzać w trening bardzo stopniowo i rozważnie – w przeciwnym razie Wasze ścięgna nieprzywykłe do nowej pracy mogą odwdzięczyć się kontuzją!

Na koniec dodam, że zmiana techniki to niełatwa sprawa. Okupiłem to bólem, frustracją, formą i sezonem biegowym. Mam jednak pełne przekonanie, że się opłaci:)