SRT – bezczas

Jest coraz lepiej. W ubiegłym tygodniu nabiegałem 135 kilometrów – wszystko na paluszkach, cicho, zgrabnie, delikatnie;) Nogi wciąż bolą, lecz zmiana techniki biegu to temat na osobny post, a nie każdy jeden wpis:)

Zupełnie już zapomniałem jak to jest stawiać wpierw piętę. Nie potrafię i nie chcę do tego wracać. Są też momenty kiedy czuję, że całe ciało łapie jeden rytm, a przemieszczanie się nie wymaga żadnego wysiłku. Dociera wtedy do mnie, jak ogromne znaczenie ma pozycja bioder i wymuszana ich pulsacją praca kończyn. Przecudne to uczucie, które mam nadzieję nauczyć się wydłużać na coraz dłuższy dystans. W tej chwili gubię je po jakimś kilometrze lub dwóch.

..wracając do tytułu notki:)

Ostatnie 2 dni spędziliśmy z E. zaszyci w leśnym domu w okolicach Starej Kiszewy. Pakując się na wyjazd nie mogłem zapomnieć o biegowych ciuchach. Właściwie pierwszy spakowany bagaż, to właśnie torba wypchana sportowym ubraniami:) 

Wiele z  ostatnich treningów tłukłem na tej samej trasie, dzień w dzień. Tymczasem w sobotę, jak i w niedzielę ruszyłem w puste i nieznane drogi kociewia. Absolutną ciszę przerywały wyłącznie odgłosy przyrody i moich kroków. Przemierzałem, frunąłem przez przepiękne krajobrazy krainy budzace się do życia. 

Znów poczułem, jak cudownie jest bieganiem (zmysłem biegania) odkrywać nowe tereny. Sporadycznie minął mnie samochód, próbował pogonić niejeden pies ( mam na nie sposób – znacie? ) obserwowały sarny na polach i krowy w zagrodach. Cisza, harmonia, równowaga:)  Na takich wycieczkach czas zatrzymuje się w miejscu, nie oddadzą go żadne zdjęcia i filmy:)


Tytułowe zdjęcie z wieży widokowej we Wdzydzach Kiszewskich