SRT – siła przyzwyczajenia

Odpuścisz chyba bieganie w te święta, co?

Usłyszałem w reakcji na szalejącą wichurę za oknem. Świszczącego wiatru nie dało się nie słyszeć – dął wściekle w okna, przechylał drzewa. Na sam widok przejmowały mnie dreszcze, a na myśl o treningu już czułem wdzierające się bezlitośnie za kark jęzory chłodu. Większy problem widziałem jednak w odpuszczeniu treningu. To przyzwyczajenie podobne do mycia zębów – nie mogę rozpocząć dnia bez umycia kłów:)

Przecież to święta, tym bardzie trzeba biegać!

Odparłem. Do walki z żywiołem rzuciłem wiatroodporne ciuchy i rozum – trasę zaplanowałem tak, by pierwsze kilometry napierać pod wiatr, a w końcówce wystawić się doń plecami. Zadziałało. Pierwsze 10 kilometrów przecierpiałem, chaotycznie łykając wciskające się w usta powietrze, które swoją gęstością przypominało galaretę. Później owe warunki zadziałały na moją korzyść, przyspieszając znacznie porę pojawienia się na śniadaniu:)

Nogi wciąż jeszcze bolą, ale już jakby mniej. Rozciągam je metodą PIR (Poizometrycznej Relaksacji – czyli rozciąganie – kilka sekund, napinanie – kilka sekund -i tak na zmianę) Próbuję się z nimi, delikatnie zwiększając kilometraż i dorzucając przebieżki w końcówkach treningów. Mam wrażenie że łatwiej przychodzi mi szybszy bieg, niż człapanie.