SRT kuro obi

Przeglądając czasam swoje „stare rzeczy” natykam się na pudełko, do którego zaglądam raz lub 2 razy w roku. Wewnątrz znajduje się starannie złożone karategi oraz brązowy pas. To pamiątka z ośmiu lat trenowania karate – wymarzonej i wyczekiwanej od najmłodszych lat dyscypliny. 

Niepozorne Dojo w którym trenowała nasza sekcja dwa razy w tygodniu stawało się miejscem morderczych treningów. Na ich zakończenie podłoga spływała potem, karategi nosiły ślady krwi, zdarzały się też stłuczone na kwaśne jabłko nosy i pokruszone zęby – słowem wszystko to, co podwórkowych chłopców może przemienić w żelaznych mężczyzn. Również dlatego, że z Dojo nie wynosiliśmy tylko umiejętności walki i sińców. Wychodziliśmy coraz bogatsi w pokorę oraz szacunek do siebie nawzajem.

Tygodniami chodziłem wtedy z sinymi piszczelami i przedramionami. Opuchnięte od setek bloków i ciosów, przybierały wszystkie kolory tęczy. Z czasem ból minął, a wątłe kończyny stawały się niebezpieczną bronią.

Nie trenuję karate już od kilku lat, ale mój obecny stan przypomina tego posiniaczonego, obolałego młodzieńca. Tym razem nie widać siniaków i zewnętrznych obrażeń. Ale pod skórą mieśnie palą z bólu. W akcie desperacji spróbowałem dziś nawet „piętaszkować” kilkaset metrów by im ulżyć – na niewiele się to zdało. Zatem masuję, roluję, rozciągam – i czekam:) Biegam znacznie mniej w nadziei że nogi przywykną do nowych obciążeń i znów staną się „niebezpieczną bronią”